niedziela, 11 grudnia 2011

Khem...

Cały czas nie mam czasu na bloga ;) Ale może to i lepiej, gdyż czas zapełniają mi o wiele ciekawsze zajęcia związane z istnieniem pewnej osoby... :) Krótko o szkole: wpadło mi wcześniej kilka złych ocen ale już je wyprostowałem, teraz może być tylko lepiej. Dobija mnie pogoda i ciągłe zmęczenie, ale koło godziny 10 każdego dnia już jest ok. Poza tym cały czas siedzę w domu, czasem jeżdżę na naszą budowę... No i spędzam mnóstwo czasu pisząc czy rozmawiając z moją Pysią :) I tak płynie czas, gwiazdka coraz bliżej. Dziś odpadły mi dłonie po wieszaniu lampek. Całe szczęście że posiadam magiczną zdolność mocowania ich spowrotem... :)
Święta, Święta, dwa tygodnie... I chwila czasu wolnego. A potem już leci następny rok, a więc i nadchodzi mój czas na podsumowanie bierzącego. Coś czuję że pozytywne podsumowanie... :)

Do usłyszenia ;)

niedziela, 20 listopada 2011

Po przerwie

No cóż, dawno, dawno nie było mnie na blogu, ale teraz znalazłem chwilę. Cóż, jak to się mówi, są rzeczy ważne i ważniejsze, w ostatnich dniach blog tą bardzo ważną nie był. No ale, jestem dziś i dodaję nowy wpis ;)
Długi okres czasu do zrelacjonowania przede mną, lecz muszę powiedzieć że nie działo się wiele rzeczy godnych uwagi, głównie przesiaduję w domu, czasem gram w piłkę czy jeżdżę do Arasa.
Co do dnia Wszystkich Świętych, był on dla mnie jakiś mniej wyjątkowy niż zawsze, bardziej zwyczajny... co nie znaczy że zły, to jedno z moich ulubionych świąt, zmusza do zatrzymania się na moment i do chwili refleksji. 11 listopad, nasze Święto Narodowe, było... mało odświętne przez to co działo się w Warszawie. No ale, to już temat do dyskusji dla policji i służb odpowiedzialnych za porządek tego dnia, dla mnie oczywiste było to że bez odpowiedniego zabezpieczenia dojdzie do burd. Ale przyznam szczerze, ich rozmiar przeszedł moje oczekiwania. Istny kabaret...
Ostatnią środę spędziłem w domu z powodu złego samopoczucia, w czwartek strzeliłem bramkę "stadiony świata" na Orliku a całe dnie zajmują mi rozmyślania i rozmowy z moim Skarbem... :)
Ich nigdy mało, one nigdy mi się nie nudzą, tak jak uczucie między Nami które trwa już tak długo, a czuję jakby początek był wczoraj... i chcę, aby było tak dobrze już cały czas... :]

Cóż, listopad zmierza ku końcowi, co przyjmuję z ulgą. Nie cierpię tego miesiąca.
Zima, grudzień, styczeń, luty - są dla mnie o wiele lepszą opcją. Śnieg, Boże Narodzenie, Sylwester, ferie zimowe... to jest to, uwielbiam zimową atmosferę, ten klimat... No, jeszcze troszkę i to wszystko nadejdzie :)

Dobranoc :)

sobota, 29 października 2011

Żyję. Kocham. Dziękuję...

Witam.
Dzisiaj o wydarzeniach, które miały miejsce po 18 października i w tym dniu. Ale pominę tu szkołę. Wystraczy, ze napiszę iż czas w niej płynie szybko. Jest to bardzo dobra wiadomość.
W moje urodziny otrzymałem wiele prezentów, mniej lub bardziej wartościowych, lepszych czy gorszych... Ale wspaniały był jeden. Usłyszałem Twój głos po raz pierwszy.
I właśnie dlatego dzień 18 października 2011 roku zapamiętam na zawsze...
Cztery dni później, tj. 22 października, odbyły się moje urodziny dla znajomych. Zaprosiłem na nie osoby nieprzypadkowe. Każda z nich wie, co oznacza radość jak i umiar w niej. Każda z nich umie powiedzieć mi coś ważnego, istotnego, znaczącego. Wreszcie wiem, że żadna z nich nie opuści mnie ot tak w potrzebie. I już kilka dni później dostałem tego dowód. Sama zabawa była udana, choć początkowo nie wyglądało to dobrze. Jednak stopniowo wszyscy Ci, którzy dotychczas znali się gorzej zaczęli się wspólnie bawić, integrowac i rozmawiać. I to też bardzo mnie ucieszyło, że być może zaszczepiłem w nich nić znajomości którzy może przerodzić się w węzeł przyjaźni. Tak, także dzięki tym urodzinom stałem się szczęśliwy. Ten urodzinowy czas był jednym z lepszych w moim życiu, w ogóle. I nadal jest, on trwa, gdyż moje życzenie się spełnia, coraz bardziej z każdym dniem...

Wreszcie w moje życie zawitała miłość...
Miłość prawdziwa, dojrzała, wzajemna...
Kochanie...

Dziękuję że jesteś, że dajesz mi siłę, wiarę, moc...
Nadajesz kierunek, jesteś celem mojej wędrówki...
Pchasz mnie do przodu, z każdym dniem, godziną, minutą, sekundą...
Pozwalasz oderwać się od rzeczywistości
I rzeczywistości tej nadajesz kolory
By kiedyś wrócić do niej ze mną przy boku...
Jesteś mym ideałem...
Pierwszym.
Drugiego nie chcę poznawać,
Drugiego nie będzie...
Jesteś tylko Ty.
Kocham Cię...

Dobranoc

wtorek, 18 października 2011

Początek...

Witam.
Dziś mamy 17 października, gdy zaczynam pisać tego posta. Urodziny Eminema.
Świetny raper, wręcz ikona. Z niektórych jego tekstów spijam cytaty i nie mam dość. To jego bodajże 39 urodziny. Jak ten czas leci... Cóż, Eminem natchnął mnie wiele razy gdy tego potrzebowałem. Gdy miałem doła dawał siłę bądź pewność swoimi piosenkami. Datę jego urodzin pamiętam świetnie, i cóż...
Happy Birthday.
A jutro mamy 18 października. Moje urodziny.
Wyjątkowe urodziny. Napewno, wreszcie radosne, pełne nadziei, uśmiechu... Prawdziwe. A ja? Jaki jestem ja?

Zmieniłem się. Zmądrzałem, zyskałem pozytywne myśli... I może dopiero teraz będę prawdziwym sobą? Nie chcę się już wygłupiać, chcę spokoju... A podsumowując ten rok -  z głębokiego dnia wzniosłem się na wyżyny, ale szczytu jeszcze nie osiągnąłem. Brakuje niewiele, lecz brakuje...

Napewno wiele zawdzięczam pewnej niezwykłej osobie, która mnie natchnęła. Która przwróciła mi marzenia, które istniały w formie gdybania, a dziś to już bardziej odliczanie ku temu co nadejdzie. Myśli teraz sa całym moim dniem, wszystkim... Czuję znowu to przyjemne ciepło wewnątrz siebie, kazdy wie co ono oznacza... Strasznie mi go brakowało i za nie dziękowałem jej już wiele razy. Czuję też piękno, cos czego nie dostrzegałem długo pod żadną formą. Ale teraz jest, i to nawet wiem, jak wygląda, gdzie się znajduje...
Ostatnie tygodnie to istna bajka, jak nie moje życie... Niczym sen.

Jest wtorek, 18 października, godzina 0:00.
Moje 16 urodziny.
Cieszę się że jestem.
I to ten rok, właśnie ten, zdecyduje o wszystkim.
O mnie, o mojej psychice, o tym, co ze sobą zrobię za kilka lat. I może są to zbyt mocne słowa, ale...
Ja to czuję,
to ten rok,
to ta szansa...
To Ty...

Dobranoc...

czwartek, 13 października 2011

Where do we go?

Witam. Dzisiaj króciutko, bo i nadal się uczę.
Długi weekend przede mną, niestety w czwartek przede mną także sprawdzian z fizyki i trzy pytania... No cóż, wytrzymam, kilka osób daje mi siłę dzięki której naprawdę warto to robić. Dziś latałem najpierw ze zdjęciami klasowymi po całej szkole a potem z aparatem w poszukiwaniu pięknych ujęć zachodu słońca i księżyca. Jakieś znalazłem,ale i tak najlepsza jest droga w liściach... Cóż, w piątek wyjazd do Marka, w sobotę sadzenie drzew, a codziennie coś jeszcze ważnego, strasznie ważnego dla mnie, czyli pewne magiczne rozmowy z pewną magiczną osobą...
Dzisiaj na pożegnanie rytm z mojej młodości, kiedyś ulubiona piosenka w starym, harczącym radiu, która leciała zawsze w przerwach między wyścigami  żużlowymi w radiu... Ach, te wspomnienia...

Dobrej Nocy ;)

niedziela, 9 października 2011

Kilku zdań łyk

Wesele, jak i jakakolwiek inna uroczystość w naszej rodzinie, zawsze kojarzy się z dobrą okazją do pogadania i powspominania. I tak było i tym razem, z tym że rozmawialiśmy bardziej o teraźniejszosci. Najpierw, na poltrze, pogadałem z Maryśką o pewnych bolących mnie sprawach, takich o których dotychczas nie wiedział nikt... i od razu zrobiło mi się lepiej. Wiadomo, dobrze mieć kogoś takiego przy boku, kto pocieszy, doradzi... A na samym weselu pierwszy raz spotkałem chłopaka Marysi, Bartka. Wrażenie pozytywne, spoko z niego chłopak, myślę że ona się na nim nie zawiedzie, z wzajemnością zresztą. Oby się powiodło... :)
A co do reszty wesela - taniec, śpiew, biesiada... jak wszędzie i zawsze.

W szkole - jak w szkole, oceny coraz bardziej różnorodne, coraz więcej sprawdzianów, pierwsza wycieczka (do Pelplina) za mną. Chodzenie po katedrze i muzeum nie było pasjonujące, ale jakoś wytrzymałem, zresztą sama katedra, przyzać muszę, imponuje. Niestety, nie zerwałem się w piątek na wycieczkę z klasą gimnazjum, gdybym to zrobił miałbym bajeczny, 4 dniowy weekend. No ale nie można mieć wszystkiego...
A co mnie czeka? Wizyta w Raciążu w najbliższy piątek, kupa sprawdzianów a potem moje urodziny i mała impreza dla znajomych. Zapowiada się ciekawie, nie licząc rzecz jasna każdego dnia od godziny 8 do 14:30...
Dobranoc :)

sobota, 1 października 2011

(S)Pasowany

Październik... Moje urodziny... Nie lubię tego miesiąca...
Niestety, będzie szaro, buro i ponuro, a to mnie dobija. Ale przynajmniej urodziny wreszcie spędzę razem ze znajomymi, na małym, wspólnym świętowaniu, może ognisku. Ponadto dwa długie weekendy - najpierw wycieczki i ślub Tereski ( winszuję, życzę oczywiście szczęścia :] ) a potem 14-16, czyli odwiedziny u Marka. Skoro o przyszłości napsiałem, teraz czas na przeszłość.
W szkole nie jest źle, poza biologią i fizyką. Nawet dostałem 5 z niemca (cud, jakby nie patrzeć...). W ostatnich dniach ważniejsze były jednak otrzęsiny. Harowałem za trzech, byłem człowiekiem-orkiestrą i dzięki temu oraz pomocy Kasi wszystko się udało. Plakat, piosenka, zapowiedź... Myślałem, że to koniec atrakcji... A jednak niestety nie.
Mleko - demon mego dzieciństwa, kiedyś miałem na nie alergię, nie tolerowałem laktozy. Dziś powróciło...
W butelce 0.7l, na ktorej znajdował się smoczek. Wiadomo, zawartość trzeba było jaki najszybciej wypić... I to ja byłem pierwszy, dzięki dobrej technice. Ale wypicie tego mleka to był heriozm, zaraz potem musiałem siegnąć po gumę do żucia, bym wytrzymał...
Ostatecznie zajęliśmy miejsce drugie, niezłe. Gdyby wszyscy się przyłozyli byłoby lepiej, ale cóż... Moźe następnym razem odniesiemy sukces.
Wczoraj mieliśmy też futrzastego gościa, kunę na tuji. Ponoć wujek ją zgonił, i dobrze.
Po natłoku rozmów i spacerów z dodatkowym cofaniem się (Bywa, prawda Jagodo? ;] ) padam na nos...
A więc czas spać, postaram się przeznaczyć od października więcej czasu na bloga.
Dobranoc ;)

środa, 14 września 2011

Tyle, aż tyle, by roztopić lód...

Witam.
Przez ostatnie dziesięć dni pokłóciłem się z jedną osobą, jedną zawiodłem, jedną pocieszałem, z jedną zaczęły się tarcia, z wieloma osobami grałem w piłkę, z wieloma osobami z klasy rozmawiałem, zsotałem też osobą z jednyną w swoim rodzaju funkcją...
Ale to nieistotne, to wszystko ujdzie z mojej pamięci niczym śnieg znikający na wiosnę, ustępujący miejsca czemuś innemu, czemuś co przekształci się w piękne pejzaże...

"Nadzieja
To ona nadeszła rozbijając wszelkie inne myśli
To ona tworzy piękne widoki
To ona zabiera mi noce...
Nadzieja
To ona była zawsze jakby sztuczna
To ona teraz podeszła bliżej
To ona jest jedynym zmartwieniem i szczęściem...

Nadzieja
To ona,
to ja,
to Ona.
To my, we trójkę.
To my, pragnienia, marzenia, sny
Ich stworzyciele...
Dwoje ludzi
A także Ty...
Nadzieja."

Od kilku dni przestałem posiadać imię, nazwisko, wiek, wzrost, wagę, rodzinę, dom... To wszystko gdzieś jest, ale tam. Tam, gdzie byłem, zanim przyszedłem tu. A tu jestem ja, mam tylko sny, słowa, łzy.
I nadzieję...

Coś, co w moim wydaniu od jakiegoś czasu było obce. Istniało dla innych, ale dla mnie było marą. Teraz nadzieję ktoś przyniósł. Nie chciał tego robić, nie spodziewał się tego. Ale to się stało.
I ja też miałem w sobie resztkę tego uczucia. I oddałem je, oddałem je idąc po omacku. I gdy już miałem się zagubić w wiecznym labiryncie smutku, ktoś podał mi dłoń. Poszedł ze mną. Nie opuścił dopóki nie znalazłem jej. Upragnionej nadziei. Lecz zastanowiłem się. Dlaczego w zasadzie to mi się udało. Wtedy zobaczyłem twarz osoby, która mnie poprowadziła. Była pełna nadziei. Mojej, tej której oddałem...

I teraz mam nadzieję.
Mam nadzieję, że dalej pójdą z tą osobą, z Tobą. Że nie raz wspólnie zaśmiejemy się, upadniemy... Mając nadzieję... nie, wiedząc, że czeka Nas też jutro. I jutro, skoro świt, obudzimy się, dotkniemy swych dłoni i powiemy: Dziękuję...



I wiedz, będę tu czekał na Ciebie.
Choćby wiecznie, choćby po śmierci.


Dziękuję za Twoją nadzieję...
Dobranoc.

poniedziałek, 5 września 2011

Koniec ostateczny.

Ten weekend był dla mnie przedłużeniem wakacji. I ostatnim ich tchnieniem jednocześnie. W sobotę ognisko rodzinne i powrót do przeszłości, których w moim życiu coraz więcej. W niedzielę szalony rajd po miescie z piłką na bagażniku poszukując miejsca, gdzie można ją pokopać. Potem malowiczy plener z zachodem słońca i powrót do domu. Tak, wakacji koniec dzisiaj nastał.
A jakie one były? Byłyby nudne, jednak kilka wydarzeń i osób je rozjaśniło i przyciemniło. Były niezpomniane, bo zmieniły mnie jako człowieka. Były zwykle, bo jak zwykle nie wykonałem 100% normy. Były intensywne, bo cały czas znajdowałem się w ruchu. Poznałem nową ciekawą osobę, która daje mi rzeczy dawnej odebrane przez fałszywych przyjaciół i kpiących zarozumialców, czyli wiarę w to, że moja słowa są dla kogoś absolutnie poważne. Po kilku latach miałem okazję rozmawiać z paroma osobami. Jedni zmienili się znacznie, u innych nie znalazłem zmian. A więc były to też wakacje pełne kontrastu, radości i smutku, spokoju i nerwowości. I właśnie dlatego były dobre. Nie najlepsze w moim życiu, ale ich pozycja jest wysoka.
A co teraz? Nowa klasa, nowy rok, paru nowych nauczycieli. Poznałem juz kilka osób lepiej, z niektórymi złapałem dobry kontakt a z Kasią zaczęliśmy się chyba nawet dobrze rozumieć :) No, przynajmniej narazie tak jest, być może znajdzie sobie kolegów/koleżanki, którzy mają "więcej fejmu niż Dre" i wtedy pójdę w odstawkę. Ale trudno, póki co dobrze jest.
Wstaję, zasypiam, wstaję, jem śniadanie, wyciszam telefon, zakładam słuchawki na uszy, wsiadam na rower i niestety... pora ruszyć.
Ale poznam wielu nowych ludzi, kto wiem, może któryś z nich będzie odpowiednim człowiekem w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu. Może tak będzie, może nie. Jakkolwiek szkołę czas zacząć.
Ale już twierdzę, że w sumie lepiej byłoby ją skończyć... ;)


A ta oto piosenka będzie mi towarzyszyła w drodze do szkoły. Długo kawałka w takim stylu szukałem mówiąc szczerze. I jest.
Idealny na poniedziałek, 7:50 i wejście do szkoły ze świadomością, że przede mną 35 godzin harówki przez najbliższe pięć dni.
Brzmi bardzo...
Poztytywnie... ;)

Dobrej Nocy :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Noc skrócić czas

29 sierpień, dwa dni wakacji do rozpoczęcia roku roku szkolnego 2011/2012. A ferie zimowe w lutym. Kapitalnie.

Dla mnie tak naprawde początek szkoły nastąpi gdzieś pod koniec wrzesnia, ale formalnie to już za 50 godzin nadejdzie ten znienawidzony dzień.
Wakacje jeszcze przeanalizuję na blogu jako całość, ale zdecydowanie niedawne wydarzenia mają na nie wiodący wpływ. Zrobiłem coś głupiego. Najgłupszą rzecz w życiu. Ale czasem lepiej dostać nauczkę wcześniej niż później. Teraz wycofuję się na swoją pozycję przy ścianie, w ciszy, w spokoju wewnętrznym. Bo po mnie wydarzenie owo, o którym tutaj dokładnie nie wspomnę, spłynęło. Gorzej jednak, jesli niektóre osoby się o nim dowiedzą...
Ponadto wczoraj byłem w Toruniu, dzięki długiemu spacerowi wypróbowałem nowe buty (ocena ode mnie: 4, jeszcze nie leżą idealnie) i spędziłem miło dzień. Dzisiaj znowu złapała mnie ulewa w mieście. Takie już moje szczęście. Jutro spotkanie nowej klasy. Heh, ciekawe jaka ona będzie... w sumie chciałbym aby była inna niż poprzednia. Bo człowiek musi nabierać nowych doświadczeń aby w przyszłości nic nie mogło go zaskoczyć.
No i ciekaw jestem z kim będę miał matmę. Musze w końcu zrealizować zakład, przypomnieć się i z usmieszkiem szelmy ogłosić, że wygrałem ;)

sobota, 13 sierpnia 2011

Rozkręcanie zakręconej machiny.

Jestem po imprezie osiemastkowej u Marysi. Dobrze było, spokojnie, w małym sprawdzonym gronie.
W poprzednim poście rozpisałem się mocno o tym, więc teraz czas na sprawy jeszcze bardziej zaległe. O ile mnie pamięć nie myli, to te wakacje zalicze do monotonnych ze względu na powtarzający się schemat: Wstaję, sniadanie, komputer, telewizor, gazeta, obiad, telewizor, osiedle, przejażdżka rowerem, osiedle, dom, kolacja, komputer, "Piłka Nożna, sen. I tak było bardzo często.
A nowości? Kilka znajomości i "odkurzenie" Bruna za sprawą Młodego. Ale nie oszukuję się, mogę być jego kumplem, lecz do przyjaźni zbyt daleko, mamy całkiem odmienne charaktery, interesy i sposób bycia. Ale cieszę się że dawne przyzwoite kontakty odnowiliśmy. Kilka razy chodziłem z kimś bez celu, nasłuchalem sie magicznych opowieści, zaliczyłem nocny spacer po północy, trochę piłki (mniej niż się spodziewałem przed wakacjami, tu zaskoczenie). Przejechałem się też z Kingą rowerami, ugadałem na rolki i wałkuję ten domek...
Dużo a jednocześnie mało. Przy okazji iPod zaczął działać, a więc wiem jak będę spędzał przerwy w szkole.
Trzeba kupić podręczniki, plecak, przybory, w środę jazda do Bydgoszczy, nie trzy po trzy, muszę zgadać się z Witasem na końcówkę wakacji (jeśli to czytasz, chodzi o ognicho, chyba wspominałem kiedyś), pomalować płot, pójść na rolki, wykorzystać dwa ostatnie wtorki, dać komuś trochę satysfakcji, potem nagły zwrot akcji: szkoła, lecz czy przed nią wszystko zrobić zdołam?
Jak narazie zajmują mnie rozmowy z kimś, kto wypełnił moją pustkę.
Mam nadzieję, że na długo.
 I z wzajemnością...

Dobrej nocy.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Już sierpień...

Tak, nie lubię o tym wspominać, ale owszem: wakacje się kończą.
Na dłuższe podsumowanie przyjdzie czas potem, a narazie krótko. W te wakacje brakuje mi jakiegoś dreszczyku emocji i dobrej pogody, ale i tak uważam je za udane. Pewna osoba może sprawić, że staną się jeszcze lepsze, ale to sfera domysłów na chwilę obecną.
Akurat ten deszczowy tydzien może okazać się zbawieniem - musze malować plot, a kompletnie mi się nie chce. Z resztą, odstałem już przez to szlaban, ktory zapewne skutecznie będę wymijał. W piatek podróż do Marka, który z resztą w zeszłym tygodniu także u mnie był (chyba nie wspominałem o tym) a jutro jest impreza u Marysi, osiemnastka...
Kurczę, ale ten czas leci...
"Jeszcze niedawno tacy mali,
niedawno szalone, roześmiane dzieci,
teraz jedno z nas dorosłe,
drugie już w liceum siedzi...
Chciałbym odtrutkę na wiek, nie,
nie ma takiego serum,
pozostają wspomnienia,
po wspólnych chwilach wielu..."
Tak, razem dorastaliśmy, razem przeżywaliśmy problemy, razem się śmialiśmy. I choć teraz nasze drogi się rozchodzą, nadal jesteśmy dla siebie bardziej przyjaciółmi niż rodziną. To coś ponadczasowego, bo kiedyś byliśmy my dwoje i nasz świat zamknięty w dwóch hektarach. Dwóch hektarach budynków, drzew, pól, łąk... Oboje wiele sobie zawdzięczamy i choć pękła pierwsza z granic nie mogę się smucić. W końcu tyle jeszcze przed nami, a jeden dzień nie może stanowić muru, bariery.
Jakkolwiek, dzięki za to, co za nami, i oczywiście proszę o więcej ;)
A teraz o przyjaźni, bo ta z Tobą to najlepsza, jaka mi się trafiła...
Dobrej nocy.


P.S. teraz moje wpisy powinny być częstsze, i przez szkołe i przez fakt, że coraz to więcej się dzieje, koniecznie musze opisać ostatnie osiedlowe wydarzenia.

środa, 27 lipca 2011

A w przerwach między chmurami...

Ciągle pada. Ciągle i ciągle i... Błech, mam tego dość. A kiedy nie pada jest zabawa.
Ostatnio często jeżdzę w nowe dla siebie miejsca, chodzę, schodzę, skaczę, jadę... Lubię odkrywać, a jest to miłe tym bardziej z chłopakami, kiedy do głowy wpada wiele, czasem szalonych, czasem zabawnych, pomysłów. Rower znowu ostro idzie w ruch, przeplatam to wizytami u Arasa (dziś, po robocie, rąk nie czułem) i pojedyńczymi wizytami , na przykład u Patryka.
Osobiście czuję, że mam w sobie wulkan energii. Muszę go jakoś szybko rozładować. Z powodu tego deszczu co drugi dzień jest stracony niestety. Ale to tu, to tam, coś się kręci, żaden zastój nie może być wieczny. W sumie przytłaczają mnie oczekiwania innych wobec mnie. To, że mam wakacje, nie oznacza, że jestem 24 na 7 do dyspozycji. W przyszłym tygodniu pojeżdżę sobie na Orlika i pokopię troszkę w nogę.
Te wakacje są o tyle przyjemne, że dotychczas nie miałem na to czasu, bo jestem ciągle w ruchu.
Albo ewentualnie w deszczu...

piątek, 15 lipca 2011

I tak powoli mija czas...

I wkacje też.
Ostatnio nadal jest dość rozrywkowo, Witas wrócił a więc o jedną osobę do pogadania i pośmiania się więcej, byłem dziś nad jeziorem z Cypisem, zimno jednak strasznie ze względu na wiatr, a poza tym zwykłe, osiedlowe zajęcia. Rozkład jazdy na najbliższy czas to prawdopodbnie częstsze wizyty  na Orliku i u Arasa. Dawno nie grałem w piłkę na naszych cudnych obiektach, a Wiśnia jest mi winien jakiegoś meczyka. A z Arasem trzeba skończyć dach.
Wyjazd do Warszawy chyba nie wypali. W zasadzie nie wiem, czy to dobrze czy źle. Ciągnie mnie tam trochę ze względu na sklepy oraz towarzystwo moich kolegów ale dobrze wiem, że prędzej czy później ktoś wpadnie na jakiś przypał. A po pewnej majowej nocy powiedziałem sobie, że przypałów narazie dość, i całkiem skutecznie tego się trzymam.
Nic nie jest pewne, ale zła, długa niepewność jest już lepsza od złej, szybkiej pewności.
No to do zobaczenia ;)

sobota, 9 lipca 2011

Kontakt się urwał. Nieładnie.

Jestem po nocnej imprezie z Młodym i wizycie nikodema. Jak widać, wakacje się rozruszały, Młody wrócił to i w okolicy narasta ruch. Zrobilismy sobie nockę, niestety wypadła Fryta (szkoda gadać) i Rusek (nie mam pretensji, dowiedział się 24 godziny wcześniej :D). Gadaliśmy, oglądaliśmy filmy, poszliśmy na miasto o północy... Było spoko, lubię sie tak rozluźnić. Wcześniej budowałem u Arasa bramkę. Ah, te skoki przez płoty i poziomki... to jest to. Skoro nam tak szybko z bramką poszlo, to może my dokończymy te wszystkie stadiony? We trzech napewno dalibyśmy radę ;)
Ogólnie mam dziś dobry humor. Przekładało się to na cały dzień. Jeden z nielicznych takich dni, w których wszystko mi pasowało...
Cóż, częstotliwość wpisów spadła mi drastycznie, ale to zrozumiałe. Wakacje to mało czasu. Paradoks?
Nie, po prostu z nich korzystam ^^
A teraz kawałek, wiadomo, te stare dobre czasy, składy...
I klimat refrenu.
Bajka...
Dobrej nocy ;)

wtorek, 28 czerwca 2011

W limitach wszelakich

Zaczyna się rozkręcanie wakacji, powolne, bo w pierwszych dniach raczej się obijałem.
Teraz codziennie prawie gram w piłkę, jutro wpadają Wioleta z Justyną, to też sobie popykamy, w środę mam zaproszenie na orlika, a w czwartek... w czwartek coś się wykombinuje ;)
Spędzam wolny czas u Arasa - z nim, Lidką i chłopakami z politechnicznej - albo przed komputerem/telewizorem. Ewentualnie wpadam, (w wiadomym celu) na orlika. Teraz dojdą mi może rolki z Alą. To będzie kabaret, ale cóż... trzeba próbować.
Jutro ranna pobudka i na targ po... różne rzeczy, a potem obejrzę sobie z kim przyjdzie mi się od września użerać. Nie będę prosił Boga czy kogokolwiek, by nie było tam nikogo przeze mnie nielubianego, bo wiem, że takie osoby będą.
Pytanie tylko ile.
Cóż, cieszmy się wakacjami, dwa miesiące przed nami ;)

piątek, 24 czerwca 2011

Time to say "Goodbye".

Cóż, po trzech latach trzydziesci trzy osoby rozchodzą się. Każda w swoją stronę, kazda ze swoimi marzeniami, planami. Niektóre spotkają się we wrześniu, inne rozłączą się na długie lata, by potem wspominać wspólnie stare, dobre czasy. Kolej losu, płynący czas - mówią za nas "Koniec".
17.00 - Zakończenie w szkole.
Najpierw świadectwa. Tak, ponoć bylismy najlepsi.
Ponoć najbardziej uśmiechnięci, weseli, bezpośredni.
Podobno nikt nie miał takiej siły przekonywania.
I wszyscy będą tęslnić za nami.
A ja z miłą chęcią powiem we wrześniu tym samym nauczycielom "Dzień Dobry". Niech wiedzą, ze mnie się łatwo nie pozbędą, a poza tym zostawiłem tu jeden, niedokończony zakład. Honorowo byłoby wygrac i zgłosić się po nagrodę ;) Wracając do tematu, troszkę chodzenia po różne różności było. Pożegnania z nauczycielami, nasze wierszyki(kapitalne zresztą) i film, potem chwilowy powrót do domu.
19.00 - Bal zakończeniowy.
No i nasze ostatnie pięć godzin, pięć godzin tańca, rozmów i zdjęć. Muzyka była dobra, w sam raz dla każdego. Menu w porządku, okraszone cukierkową niespodzianką. Tańczyłem troszkę, potem nie miałem sił i chęci. Poprosiłem o kilka zdjęć z najważniejszymi osobami. Może kogoś pominąłem, ale cóż... Mówili o mnie, ze byłem fajny, to trzeba było mnie do zdjęcia prosić. A ja wychodzę z prostego zalożenia "Nie to nie". Widać nie jestem wystarczająco POP-ularny. Przeżyję to jakoś.
Natomiast koło 23.30 nastąpiła osobliwa rzecz.
Usiadłem przy stole, obok szła Jagoda. Zatrzymałem ją, poprosilem abyśmy pogadali. W 5 minut z naszej dwójki zrobiła się ponad dziesięcioosobowa grupka. Zdecydowanie, potrzebne nam były rozmowy, wspomnienia, nawet bardziej niż taniec. Bo i osoby, które tam siedziały, w trakcie pozegnań nie płakały. To było łatwe do wytłumaczenia. My już coś sobie wyjaśniliśmy, mieliśmy czas na przetrawienie emocji. Płacz nie jest czymś złym, nie. Jednak niektórzy umieli nad nim w prosty sposób zapanować.
24.00 - Pożegnania.
Ryk na calego. Setki wspomnień nadeszły, więc było to nieuniknione. Z każdym musiałem się pożegnać, to raczej obowiązek. Niektóre dziewczyny rozpłakały się wcześniej, inne później, dwie nawet żegnając się ze mną. Paru chłopaków tez ponoć beczało. Widać, że ta klasa miała "to coś", do końca trzymalismy się razem...
Podsumowując: z niektórymi już się spotkałem w wakacje, z innymi przyjdzie mi rozmawiać, a część będę łapał na telefon bądź gg. Chciałbym pamiętać i przypominać się. Bo choć we mnie nie tkwi nigdy wielki sentyment do ludzi, to jednak doceniam, że tworzylismy wyjątkowy twór. I większość z nas myślami powróci w te trzy lata, klasowe wycieczki, wigilię pod balokonem, kłótnie i śmiechy.

A ja?
Ja idę do przodu.
Teraz mam wakacje, we wrześniu znów szkoła. Wejdę do niej, uśmiechnę się na widok znajomych, skrzywię się na widok planu i wieści o pierwszym sprawdzianie, nawiążę nowe znaojmości i odnowię stare, przetrwam wzloty i upadki, semestry i jedynki, dotrę do matury, studniówki, zakończenia...
I pójdę dalej.

Ta, dziękuję i przepraszam.
Proszę o więcej.
A teraz idę, zostawiam piosenkę.
Jej mocą jest to, że jest niezrozumiała....
I taka jest właśnie moc przemian.

Są nieokreślone, ale zawsze przynoszą chwile, które zapamiętasz...


"And I get nosebleed.
But I always get up..."

Do zobaczenia...

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Koniec.

Jutro koniec szkoły.
A za mną ostatnie: wycieczka do kina, spływ i turniej klasowy. Na wycieczce do kina troszkę sobie pogadałem z różnymi osobistościami, sam film z kategorii "American Badziew". Na spływie płynąłem z Marasem. Było spokojnie, dość szybko, bez wariactw, a no i posmialiśmy się troszkę. Miło, a potem ognicho i do domów. Na turnieju, w piłkę, znów drugie miejsce, za drugą klasą. Jak zawsze. A ogólnie to trzecie, olaliśmy część artystyczną. Trudno, i tak bylismy najlepsi.
Jutro grill, zakończenie i bal. I koniec, wakacje.
Jest mi smutno. Nie, nie chodzi o tęsknotę za ludźmi, może 4-5 mi będzie brakowało przez jakiś czas ale to nie powód mojego zmartwienia. Mam poczucie, że dałem ciała przez te 3 lata. Często mam takie poczucie. Wiele rzeczy skopałem, ale uważam też, że nikt nie powie o mnie, że byłem chamski, niekulturalny czy po prostu głupi (poza jednym pijakiem może...). Więc nie było tez tak źle.A teraz wakacje, głowa do góry i... czas dla siebie.
Nareszcie...

środa, 15 czerwca 2011

Po bólu, czyli nielekko, niełatwo lecz przyjemnie.

KONIEC SZKOŁY.
Już?
Dopiero?
W sam raz?
Za wcześnie?
Za późno?
Chyba w sam raz. Energii miałem dość , aby wyciagnąć świadectwo z paskiem, choć niektóre oceny są mocno naciągnięte (za co z góry niektórym nauczycielom dziękuję). Bez naciągnięć pasek zapewne tez by był. Test gimnazjalny, do którego podszedłem na żywca, wyszedł mi dobrze, ale nie zgodnie z przewidywaniami. Całokształt jest jednak pozytywny, to sie liczy. Niektórzy ludzie z klasy mają po nim załamkę. Ktoś płakał chyba nawet, inni chowali głowy między rękoma. Jak to skomentować? Współczuję, wiadomo, nie ma nic gorszego niż rozwalone plany. Ale na Bydgoszczy i Chojnicach świat się nie kończy. W każdym razie, chciałbym aby wszyscy dostali się tam gdzie chcą. Bo raczej podołają, w większej części, temu do czego dążą. A marzenia i cele trzeba realizować.
Wracam do mnie. Uważam, że ten test pokazał, że pod względem potencjału jaki we mnie drzemie jestem na pewno w czołówce klasy. Niestety, pod względem lenistwa także zbieram laury. Cos za coś, ostatecznie wychodze na średniaka klasowego, ze srednią koło 5,0. Dziwny jest ten świat...
Najlepsza średnia w gimnazjum powoduje, że jestm z siebie dumny. Niestety, nawaliłem kilka przedmiotów, z tego dumny nie jestem. Ale tu też ostatecznie jest dobrze. Wymagań za wielkich nie miałem ;)
O klasie i wspomnieniach napiszę przy okazji opisu wtorkowego zakończenia.
W weekend pojawi się relacja ze spływu, wycieczki do kina i ostatnich wspólnych chwil w szkole. Tak,
"To już jest koniec, nie ma już nic, jestesmy wolni...
Mozemy iść..."

środa, 8 czerwca 2011

Teraz spokój

Oceny są w wiekszości załatwione, jestem po bierzmowaniu, koniec sprawdzianów... To lubię, wreszcie spokój.
Co do ocen, mialem aspiracja, by miec nawet swiadectwo z paskiem, ale szybko jednak zgasły. Przeżyję, zostaje w moim mieście na nastepne trzy lata. Tu zwrócę uwagę na drobny kłopot. Zauważyłem, ze parę osób namawia inne, by pójść do tej szkoły, co oni. Gruby błąd. To, ze ktos ma własne ambicje, nie znaczy, że powinien ciagac za sobą kogos, kto nie jest zdecydowany. Nasze lenistwo w jakimś renomowanym liceum nie przejdzie, to koniec bajki. Dlatego jeśli idzie się w swiat z własnej woli, to jest to decyzja dobra, bo własna. A jeżeli powodem odejścia jest kolega/koleżanka zapewne nie skończy się to za dobrze.
Bierzmowanie. Na drugie imię mam od teraz Hubert. Spodobalo mi się, parton sportu, leśników... czyli w sam raz dla mnie. Sama uroczystośc wyszła nieźle, choć byla robiona naprędce. Pogadałem po długim czasie z paroma znajomymi, na luzie, w sumie miło, nie spodziewałem się tego. Ogólnie atmosfera była dobra, żartowaliśmy, rozmawialiśmy nawet z osobami, których nie znaliśmy. Mała rzecz, a cieszy; te przygotowania, mimo natłoku obowiązków, dały mi troszkę radości.
Co do następnych dni: jutro tysiaczek na stadionie, potem liczne wyjazdy klasowe (będę informował na bierząco) i koniec szkoły. W sensie gimnazjum, bo za dwa miesiące wkroczę do niej ponownie.
Aha, jeszcze o turnieju gimnazjalnym: 4 miejsce w piłce, 3 drużynowo. Wielka, wielka szkoda, podium było na wyciągnięcie ręki. Zagralismy lepiej, niż myślałem, jako kapitan w polu zasuwałem bardziej niż zwykle.
No i tak pożegnałem się z szóstką z wuefu. Mogłem to olać, iść na kręgle. Ale to nie ja, bo gdy coś zaczynam- kończę to, nieważne w jakim stylu. Ważne, że honorowo.
A wkrótce na blogu pojawi się mój tekst piosenki. Mam nadzieję, że się spodoba.
Dobrej nocy ;)

wtorek, 31 maja 2011

Ten inny raz

W sobotę miała być niezła akcja, szykowała się ustawka jakiej na moim osiedlu jeszcze nie było.
Skończyło się na słowach, ale w połowie czerwca nastąpi ciąg dalszy. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Był tez Młody, jak zwykle troszkę poszaleliśmy. Czekam na lato, zrobi się jakies ognisko, małą imprezę.
Zeszły tydzień upłynął pod znakiem nauki i małego turnieju piłki, na którym zdobylismy trzecie miejsce. Po turnieju doszedłem do wniosku, że musze dorwać mojego kuzyna i z nim pogadać, bo ostatnimi czasy mocno się chłopak rozbrykał...
Dziś natomiast popołudnie spędziłem nad Głęboczkiem z Damianem (nie rozumiem człowieka, znowu wlazl do wody "na suchara"), a wieczór z Marasem przy pracach ogrodowych. Wcześniej gadałem z Dominiką. Cóż, gadałem, duzo powiedziane. Przy tak fatalnym gardle brzmiało to z jej strony dość zabawnie ( mam nadzieję że tego nie czytasz Fryta :P)
Eh, ile to człowiek rodziny poznaje tak przez przypadek...
Jutro Dzień Dziecka. Znając życie będzie zabawnie. Cóż, okaże się jeszcze co i jak.
Nie moge tez pominąć przygotowań do bierzmowania i popraw ocen. Wszystko spada mi na głowę.
Trudno, jeszcze tylko tydzień i praktycznie spokój... Całe szczęście lato tuż tuż.
A w tym roku będzie ono zgoła inne niż te poprzednie...
Bym był zapomniał: przerzuciłem się na tryb elektroniczny. O co chodzi? Pokaże za jakiś czas na blogu ;)
Dobrej nocy.

niedziela, 22 maja 2011

Na dobranoc.

W sobotę wiele się działo. Napiszę o tym kiedy indziej.
Zostawiam tylko piosenkę
Wyjątkowo z dedykacją, dla dwóch osób.
Myślę, że nikt się nie dowie o kogo chodzi, ale to już nie mój problem...
Dedykacja naszła mnie z powodu wspomnień. A nie ukrywam, że kilka godzin temu wiele się zmieniło, więc może to, choć symbolicznie, ostatnia okazja.
A może nie....
W końcu życie lubi zaskakiwać i zmieniać swój bieg...
A ja wiem o tym najlepiej.
Oj tak...

"If you give a little love,
you can get a little love,
if you want
don't break his heart..."

poniedziałek, 16 maja 2011

Spokoju troszkę choć...

Po poniedziałku czuję się nieźle. Dostałem ważną ocenę z fizyki, która daje mi spokój z poprawianiem sprawdzianu. Całe szczęście, mniej roboty.
Od wczoraj kilka wydarzeń z przeszłości znowu odbija mi się czkwaką. Chyba muszę ostatecznie wywalić je z pamięci, cuda się nie zdarzają.
W myślach układam sobie już plan na wakacje. Z miłą chęcią spacerowałbym po wielu zakątkach, ale nie mam za bardzo z kim. Jedni znajomi się do tego nie nadają, inny wyjeżdżaja z Tucholi, a innych się nie zapytam bo to bez sensu i jeszcze za dużo sobie pomyślą. Pustostan...
No i nutka na koniec.
Ten chłopak robi naprawdę fajne instrumentale. Z starych, nieznanych wiekszości piosenek bierze sample, dodaje talentu i gotowe. Powstaje swietna muzyka, idealna właśnie na taki samotny spacer.
Ta, You can be sure... that you may die...
Dobrej nocy.

niedziela, 15 maja 2011

Gdy wszystko się miesza

Ostatni tydzień był bardzo intensywnie przeze mnie przeżyty. Trzeba było zasuwać. Sprawdziany, film, turniej piłki, ogród, kłopoty z psem... W piątek mogłem odetchnąć, to już był koniec.
Najważniejszy był film.
 Zaskakuje mnie to, że pozornie przy naszym nastawieniu do roboty ten film nie miał prawa być zrobiony. A jednak przez 4 dni zrobilem tyle kilometrów pieszo, że trudno będzie mi to przebić przez 2 tygodnie jazdy rowerem. Wzięliśmy się od roboty, no i jest. Nie ważne, czy wygramy czy nie. Poszło dobrze, i to chodziło.
Turniej tez był ważny.
Pierwsza klasa zachowała się jak dzieciuchy, czyli w żadnym razie nas to nie zdziwiło. Został jeden mecz, wygraliśmy. O dziwo miałem mało roboty na bramce, ale co było wybroniłem. Ta, cieszy mnie to, że jestem dobry, ale muszę spojrzeć na to realnie: Prawdopodobnie w tym wieku żeby być klasowym bramkarzem musiałbym być w klubie od 5 lat i mieć co najmniej 20 centymetrów wzrostu więcej. Cóż, przynajmniej w szkole wymiatam, tego nikt mi nie odmówi.
Z psem jest źle. Szkoda, przyzwyczaiłem się. Pustka będzie, ale przejdzie. Jak zawsze coś ją zapełni prędzej czy później.
Z innej beczki: chyba usune Facebooka. Albo okroję ustawienia tak, by widzieć tylko zdarzenia dotyczące mnie. Ludzie wpadają na coraz głupsze pomysły, lepiej nie mówić, milczenie jest złotem. A gdy powiesz coś mądrego od razu rzucają się na Ciebie przyjaciele przyjaciół przyjaciół osoby, której wykazało się, że jest (co najmniej) szurnięta. Zostanę wyzwany od hejterów i tyle z tego będzie. Już wolę wywalić Facebooka. Przeżyję. Tlen, jedzenie i picie są ważniejsze, przynajmniej dla mnie.
Wczoraj głęboko zastanawiałem się nad spełnieniem jako furtka do nieśmiertelności. Niby głupie, ale patrząc głebiej to najprostszy sposób na niesmiertelnośc moralną. Co ona dla mnie znaczy? Wiele i niewiele zarazem, długo by pisać, zostawiam to dla siebie.
Odbyłem kilka rozmów, ale najwięcej do myślenia dała mi ta, której nie odbyłem. Ciekawe, jeszcze tak nigdy nie miałem... Przynajmniej wiem już, ze nie warto jej rozpoczynać przez dłuższy czas.

Miałem tu pomysł na piosenkę, ale się wstrzymam.
Przyjdzie na pewno lepszy moment by pojawiła się na tym blogu.
Dobrej nocy

poniedziałek, 9 maja 2011

Uff...

Jestem zawalony robotą... Nie mam czasu na długi post, ale w weekend postaram się zamieścić coś dłuższego. Na razie wystarczy zawalenie robotą... i senność.

sobota, 7 maja 2011

Myśli tyle...

Włączyłem sobie klimatyczną muzykę... i rozmyślam. Nie o pierwotnych pojęciach, nie o moich błędach, nie o moim życiu ale... o znajomych.
Znajomi są różni. Są tacy do śmiechu, są do smutku, są do zabawy, inni do powagi. Ale ja swoich znajomych dzielę inaczej. Na znajomych z wyboru i z konieczności. Czemu tak? Bo mam znajomych których znam czy chcę czy nie i takich, których znam, bo zechciałem ich poznać. Wszyscy szkolni znajomi zaliczają się do tej pierwszej grupy, gdyż musiałem ich w jakimś stopniu poznać, ale niektórzy też do tej drugiej, bo zechciałem parę osób odkryć lepiej. Generalnie jako całość są najmniej trudni do zdefiniowania. Znajomi z podwórka, osiedla to zdecydowanie ta druga grupa, co nie znaczy że lepsza. Niektórzy zachodzą za skórę, ale w ich wypadku dobre jest to, że PYK... i znikają. Takie znajomości też bywają niewygodne, ale łatwiej je zakończyć. Rodzina: obydwie grupy naraz. Nie mam obowiązku trzymania się z kuzynem mieszkającym 10 kilometrów dalej, ale siłą rzeczy z kuzynostwem mieszkającym obok muszę mieć jakiś kontakt, choćby mały. No i cała reszta: znajomi znajomych. To zdecydowanie  kontakt z wyboru, bo żaden kolega/ koleżanka nigdy swoich znajomych na siłę mi nie narzuci. Tyle.
Wracając do podziału, nie ma skutecznego sposobu, by miec dobrych kolegów. Starsi mówią, ze trzeba trzymać się z dobrze wychowanymi, mądrymi itp. Bzdura. Od takich ludzi można dowiedzieć się dużo, ale o życiu najmniej. Tyle że nawet świadomy wybór nie musi być dobry. Czarne owce są wszędzie, sam to wiem. A znajomi typowo narzuceni... są zazwyczaj denerwujący. Szkoła to zlepek kultur, obok siebie chodzą ludzie o przeróznych poglądach i widokach na świat z którymi się nie zgadzam. To naturalne ale zarazem i niedobre. Gdybym chciał wykrzyczeć każdemu co o nim myslę poziom niezdrowych emocji przekroczyłby maksimum. A w szkole niestety trzeba dbać o układy, a nie o wyrazistość jednostki, żeby przetrwać szturm szkolnej, pragnącej cudzych wpadek i wyśmiewanej odmienności, masy.
A jacy są moi znajomi? Różni. Przy czym dla mnie znajomy to ktoś, z kim rozmawiam. To czy masz mnie jako "znajomy" na Naszej-Klasie czy Facebooku kompletnie mnie nie obchodzi. Bzdury, które tam wypisujesz-też. Liczy się tylko to, co mówisz mi prosto w twarz, w szczególnych wypadkach na gg bądź komórce. A wracając do różnorodności, gdyby każdy znajomy, powiedzmy góra 100 osób, napisał w komentarzu  cos o sobie, wszystko byłoby widać jak na dłoni. Nie ma znajomych złych i dobrych. Są tacy, którzy odpowiadają akurat mi bardziej, i tacy, którzy odpowiadają mniej. Dla kogoś innego mój dobry kumpel może być skończonym głupkiem, a ten, z którym moje relacje bywają kiepskie, przyjacielem od lat. Wszystko zalezy od osobistych doświadczeń. Nie napiszę więc czy moi znajomi są dobrzy czy źli, ze względu na to, że każdy wie swoje najlepiej.
Jest jeszcze trzecia grupa znajomych: osoby do szczerej rozmowy. Elitarne grono, bodaj jest ich 4. Więcej nie trzeba. A szczera rozmowa to  dla mnie coś więcej, niż rozmowa spokojna i otwarta na wszystkie tematy. To rozmowa pełna bólu i radości zarazem. Bez chwil zwątpienia w drugą osobę, czy przypadkiem nie wygada. Pewność to główna jej cecha.
A rozważałem tak, ze względu na tych wszystkich znajomych, których straciłem. I nie jest mi ich w większości żal. Chodzi raczej o to, jak znajomości się zakończyły. A kończyły się zazwyczaj niemiło. Czemu?
Pasuje tu moje małe, stworzone przed paroma dniami powiedzonko: "Nadzieja umiera ostatnia, ale na jej pogrzebie nie ma już żadnych znajomych"
Jednak świat nie znosi pustki. Stare kontakty zastępują nowe. Praktycznie każdego da się zastąpić. Byś był u czyjegoś boku na zawsze jest jednak jedna metoda: musisz stać się niezastąpionym...
Dobrej Nocy ;)

piątek, 6 maja 2011

Niewyraźnie za oknem

Druga impreza za mną. Krótko: było ostro. Chyba raz na  jakiś takie rzeczy są potrzebne, by sie wyszumieć.
No a na zewnątrz zima latem. Znaczy się wiosną, no i nie było śniegu a grad. Efekt jednak podobny, było bielutko. Dla tych co lubią owoce mam złe informacje, na drzewach owocowych jest pogrom. W sumie w ostatnich latach też nie było dobrze, ale po tym mrozie i gradobiciu gorzej już nie może być.
Tak, w USA są tornada, w Ameryce Południowej lawiny błotne, w Australii burze piaskowe, a u nas wiosenne przymrozki. Naprawdę, porównywalne katastrofy.
Tymczasem jutro do roboty, fizycznej i intelektualnej. Wolne już się kończy, teraz czas na przyszłotygodniową wielką kumulację: 4 sprawdziany w 4 dni...

poniedziałek, 2 maja 2011

I po imprezie... i przed imprezą :)

Po imprezie u Arasa jestem przede wszystkim zajechany. Za dużo gry w piłkę... I ja to mówię? Dziwne...
Było spoko, Aras był troszkę zły że niektórzy nie ruszyli swych szanownych tyłków i nie przyszli, ale mysle, że nie było to problemem.Jedzenia full, w pilkę jak już p-isałem dość się nagrałem (niestety, kolano się odzywa) zdjęcia są, przemówienie wyborcze Jeda i nasze pogrzebowe "Sto lat" też, teraz tylko rozsyłka ( ktoś tu nie czyta wiadomości na gg... :P ). Dzięki wszystkim za zabawę :)
Co do jutra, to urodziny u Cypisa. Na noc raczej nie zostanę. Może to i lepiej, znając jego pomysły. Ale jak matka się uprze nie ma bata.
Poza tym musze latać z aparatem i robić zdjęcia. Nie "słit focie", a jakieś fajne widoczki na konkurs. No i Wojtas za coś się wziął. Szok. Ale pozytywny :D
Do zobaczenia... to jest, do napisania ;)

Prace na wysokości

Ostatnimi dniami zajmuje się budowaniem domku na drzewie, prawie codziennie. Fajna praca, odstresowująca. Jutro idę na urodziny do Arasa, pojutrze do kuzyna. Imprezowo, ale już nie jak kiedyś, bez przesady.
Nasłuchałem się fajnych ploteczek o paru osobach. Nie będę ich roznosił, ale zapamiętam i okaże się, czy są prawdą czy bajeczką.
No i tradycyjnie ostatnio-piosenka. Jak dla mnie nowe rytmy, ale taki właśnie rodzaj muzyki opartej na gitarach, w stylu z minionych epok, lubię najbardziej...

wtorek, 19 kwietnia 2011

Jakoś radośniej

Ostatnimi dniami miało miejsce kilka dość ważnych wydarzeń, wiele rozmów. Na niektóre czekałem długo, inne przyszły niespodziewanie a niektóre po prostu z przyjemnością płynącą z przyjaźni. Lubię rozmawaić, dużo rozmawiać. Ja zawsze zyskuję troszkę uroku przy rozmowie w cztery oczy, stąd też je lubię.
A co do reszty spraw, znowu piszę kawałek (wreszcie cos niezłego się szykuje...), w szkole nudy, nudy i nudy, no i był wypadek niedaleko mojego domu. Wygladało na małą stłuczkę, ale kogoś tan do szpitala jednak wieźli.Cóż, bywa. Przypadki chodzą po ludziach.
A teraz piosenka. Mam dobry humor, to się przypomniała ;)
Dobrej nocy.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Hehe...

Miało być jutro, wyszło troszkę póżniej. Ale przynajmniej już wiem, dlaczego strona cięła, więc koniec z kłopotami.
A teraz o minionych dniach i tygodniach:
Najpierw dokończenie rekolekcji. Ksiądz mądrze mówił, mało wiary a dużo życiowej prawdy. Mnie to nie rusza, w moim wypadku to o czym powiedział już poznałem na sobie lub znajomych, ale dla innych mogło to być cenne doświadczenie otwierające oczy na parę spraw. Słyszałem już, że na niektórych podziałało.I tak miało być. Teraz o rozmowie ze starym kumplem z klasy. Spodziewałem się od niego kaptura, bluzy JP/HWDP i braku szacunku do mnie, o zielsku i tym podobnych nie wspominając. Tym czasem zmienił się, o dziwo na lepsze. Pogadaliśmy ponad pół godziny, bardzo luźno, na różne tematy. Myślę że to była jedna z większych niespodzianek w tym roku. Podszedł ot tak, zaczęliśmy rozmawiać, doszliśmy do mojego domu i gadaliśmy dalej. Mała rzecz a cieszy. Potem rozmawiałem długo z Arasem. Przy okazji tej rozmowy odkryłem kilka powiązań rodzinnych i przyjaźni, o których nie miałem pojęcia oraz poznałem kilka nowych ścieżek które z pewnością się przydadzą. A poza tym zapowiada się ciekawe zajęcie na wakacje( a może i na wcześniej): budowa domku na drzewie. A już miejsce zamieszkania Arasa kompletnie mnie zaskoczyło. Gdybym wiedział wcześniej to zapewne nasza znajomość byłaby jeszcze lepsza. Przyjechał jeszcze Młody, tym razem tylko trochę rozmawialiśmy, ale w końcu nie może ustawiać sobie zawsze czasu pode mnie, dlatego nie mam pretensji. Wywiadówka skończyła się nienajlepiej, fizyka i matma-do podciągnięcia, rodzice nie byli przeszczęśliwi, ale na moje nie jest tak źle. Często grywałem w piłę, głównie z Lemanem, któremu jednak siada forma (jakoś mnie to nie dziwi, niestety...). Na orliku jestem prawie codziennie, wysłuchuję różnych osób i dowiaduję się ciekawych rzeczy. Otóż mój kuzyn jest regularnie przekręcany przez kumpli w interesach (nie będę pisał jakich). Trochę się zdziwiłem, ale cóż: zawsze gral cwaniaka, odkąd pamiętam. Był jeszcze Nikodem na "niedzielę z cs'em" a potem testy, testy... Poszło średnio, nie chce mi się o nich rozpisywać. Zobaczymy w czerwcu, o swoich odczuciach napewno napiszę. No, dość dużo tego. Dodam jeszcze dziesiejszą niedoszłą bójkę na osiedlu (gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o... dziewczynę) i palący się komin, też na osiedlu (skutki palenia śmieciami bywają podwójnie zabójcze). Starczy :)
A na koniec piosenka, stary polski klasyk.
Narazie.

piątek, 8 kwietnia 2011

Ogarniam pół swiata

Po długiej przerwie jestem tu znowu. I nawet nie, że zapomniałem o blogu, tylko strona nie chciała mi niewiadomo czemu odpalić. Co było gdy mnie nie było? Napiszę jutro.
Tylko tak sobie myślę o ludziach w moim wieku i ich zachowaniu w szkole i poza nią. Niektórym były potrzebne rekolekcje, by zobaczyć, jak jest i powinno być, innym nic one nie dały, niektórzy zwaliczyli głupotę, inni ją powielają. I tak Balon zmienił się na lepsze, nie spodziewałem się takiej szczerej i spokojnej rozmowy z nim. Ale to silna osobowaość, on rozprostował się (przynajmniej na tyle, by normalnie funkcjonować) sam. Natomiast niektórzy zmienili się przez te rekolekcje (szerzej jutro) i też szacunek dla nich, że kopniak zadziałał. Można mówić o religii co się chce, ale w trudnych momentach może pomóc, szczególnie jeśli głosi ją ktos o dużym darze przekonywania. Niestety, parę osób brnie w zaparte. Słyszałem i od Balona i od innych znajomych ciekawe historie. Wnioskuję z nich, że piwo jest sposobem dla wielu ludzi na fajność, a wstawienie się w gruncie rzeczy nie jest niczym złym, bo skoro po 3-4 piwach nie pamiętasz to dalej nie jest twoją winą, że zalali cię do nieprzytomności. Uderzyły mnie znowu plastikowe lalki Barbie, a raczej wspomnienie o nich, i tak ogólnie myślę że świat dzieli się na dwie połowy. Jedną, którą znam i toleruję taką jaka jest, i drugą, nieobcą mi również, w której jednak umysły niektórych idiotów sa dla mnie szarą, niedostępną pustką, w którą się nie zgłębiam.To tak filozoficznie. A mniej filozoficznie, krótko i na temat: ogarniam pół świata, a drugie pół jest mało zachęcające.

piątek, 25 marca 2011

Niby luźno

Ciekawy tydzień za mną. Był w sumie luźny, ale skłaniający do wielu przemyśleń, bo z wieloma osobami przyszło mi szczerze porozmaiwać. Zapuszczam "wąsy" na jutro, oczywiście dla Małysza. Wykład odnośnie rekolekcji księdza Lemana (skądinąd znane mi nazwisko, "mojego" Lemana muszę przyskrzynić do gry w piłkę w ten weekend) troszkę do mnie trafił, z naciskiem na troszkę. W każdym razie, nareszcie jest po co na te rekolekcje pójść. Cały tydzień, poza poniedziałkiem oczywiście (o czym pisałem już kilka dni temu) nudny, bo opieprzu za te wagary we wtorek należało się spodziewać. Było, minęło, kolejna dobra nauczka na przyszłość. Sprawdzian z chemii jakoś przeżyłem, zarobiłem na zakończenie z łokcia w twarz i w nieprawdopodobnie cudnej, deszczowej i wietrznej pogodzie udałem się do domu. A potem...
Czas na całkowicie wolny weekend.
Taki, jaki lenie lubią najbardziej :D

poniedziałek, 21 marca 2011

Emocjonalnie

Kilka ostatnich dni odbyło się z niezłym wykopem. Zacznę od tyłu, czyli aferka z okazji Dnia Wagarowicza.
Jedni uciekali, jedni nie uciekali, jedni nie przyszli, inni siedzieli na lekcjach, znalazł się tez cwaniak, komplecik jednym słowem. Bajzel totalny. Teraz każdy coś do kogos ma, na Facebooku lata mięso (jakby nie można było tego sobie osobiście wyjaśnić za pomoca np.slow), po prostu wychodzi szydlo z worka, czyli jak sie wszyscy ze soba kochaja. Wlasnie dlatego nigdy nie jestem zzyty z osobami z klasy, zawsze jakies klotnie. A ja sadze ze kazdy powienien samemu sie o siebie zatroszczyc, bez wsluchiwania sie w innych. Wtedy bedzie dobrze, choc to chyba futurystyczny scenariusz.
W tej oto milej scenerii witamy Wiosne...
A w niedziele pozegnanie Malysza. Wiem, ze wszyscy o tym trabia, ale ja tez to zrobie, bo czuje  taka potrzebe. 10 lat, kazda niedziela, soboty, piatki, zawody, krzyki, smutek, radosc. To bardzo, bardzo wiele, szczegolnie ze chyba dzieki niemu zainteresowalem sie w ogole sportem. I jeszcze zwyciestwo w Kulm podczas mojej wyprowadzki. Pamietam jak dzis siebie dziesieciolatka siedzacego na starym krzesle w opuszczanym domu ogladajacego jego zwyciestwo. Byly czasy, byla beztroska. Teraz odchodzi, ja juz starszy, bardziej zajety tym wszystkim ale na skoki zawsze byl czas.
A ostatni konkurs to byla bajka, zmiana pokolen, ale z calym szacunkiem dla Stocha, nie, to nie bedzie raczej ta polka...
W kazdym razie, za medale, za zwyciestwa, za walke, za radosc.


Panie Adamie - Dziekuje.


sobota, 19 marca 2011

I w domu

I po Warszawie. Miasto-ogrom, przepych, światła. W sumie mój klimat, ale i tak wolę spokojne, 15 tysięczne miasteczko. Bo na wyjeździe tez jest wszystko odczuwane inaczej, to i tak nie jest codzienność. A w niej w duzym miescie chyba utonąłbym od razu.
Sama wycieczka- nawet, nawet. Bardzo dużo chodzenia, co ze względu na moją zastraszającą kondycję mnie ucieszyło (bez ironii), fajny spektakl w teatrze, łyk historii na Powązkach i śmiech w schronisku. Nie spodobała mi się troszkę organizacja (dużo, dużo nieścisłości) i kretyńskie zachowanie pewnych osób. Czemu tak sądzę? Bo wygłupy w gronie znajomych nie są niczym złym, sam przecież często to robię, ale lansowanie się na megagwiazdę wyjazdu przez 4 dni i olewanie tych "mniej błyszczących" czy idiotyczne słowa, gesty i sposób bycia mnie drażni. No i na jednej osobie się zawiodłem bardzo mocno, a wobec drugiej potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie niskiego poziomu inteligencji.
A w szkole dni otwarte, na których  było wiele rzeczy wartych uwagi które mnie ominęły, bo siedziałem jako jedna z czterech osób na lekcjach. Ale mogę odetchnąć: niewielu starych znajomych będzie składało podania do liceum. Chciałbym uniknąć zderzenia z plastikiem, a niektórzy mają go w sobie aż nadto.
Szczęśliwie, plastik w większości wybiera szkoły zawodowe.
A ja odsłuchuję muzykę, nareszcie jest czas. Nie wiem co lepsze: sam bit czy z tekstem, ale decyduję się na pełną wersję.


Save me...
Dobrej nocy ;)

niedziela, 13 marca 2011

Znowu w ruchu

Tydzień minął wreszcie spokojniej, nie licząc paru tradycyjnych szkolnych incydentów. A teraz wycieczka do Warszawy.
Nie lubię wycieczek. Znaczy lubię, ale nie emocjonuję się nimi zbytnio. Jadę gdzies daleko z 40-50 ludźmi i tyle. Będzie trochę śmiechu, trochę nud, stania i czekania, tandetnych pamiątek i... sprawdzian z chemii w piątek.
Super.
A zatem...

Kierunek:Warszawa.
Cel: Przezyć.
Sposób:Siedzieć cicho i nie wkurzać się na zachowanie innych.
Realność sposobu: 1%.

Dobrej nocy.

niedziela, 6 marca 2011

Nie było mnie długo

Z powodu przygotowań do konkursu odciąłem się od bloga. Nie miałem czasu, z reszta i tak nikt tego nie czyta, więc po co się starać?
W ostatnich dniach, poza konkursem, który poszedł mi średnio, nic szczególnego się nie działo. Nadal ta sama zgnilizna.
A teraz idę spać. Wreszcie znowu będę myślał o wszystkim i o niczym. A jutro-do roboty.
Nie ma nic za darmo, teraz czas na odrobienie zaległości. Informatyka i angielski czekają. Ale czy to ważne? Nie.
I chciałbym tak zwolnić, ale nie da rady. Pędzę razem z wszystkimi.
Nie, ja nie jestem wszystkimi, ja nie muszę niczego udowadniać, nikogo przebijać.
Wobec tego chyba wysiadam na jakiś czas.
By patrzeć i uśmiechać się pod nosem, by czuć i udawać nieobecnego...

niedziela, 20 lutego 2011

Zgodnie z zapowiedzią ;)

Zgodnie z zapowiedzią, napiszę szerzej o weekendzie.
Sobota spędzona u Karoliny. Miło było, chodzenie tu i tam, dowcipy i docinki, rzucanie się sianem, może troszkę dziecinne, ale śmieszne (lepiej nie mówić, gdzie się nim rzucałem, ale poznaję przynajmniej kawał historii naszego regionu :D ). W końcu co, nie jestem jakimś (za przeproszeniem) pieprzonym światowcem i sztywniakiem, żeby się nie powygłupiać, tym bardziej gdy jest się wsród swoich. Młody wręczył Karolinie prezencik, ja pokonspirowałem troszkę z Aldoną, ale nieszczęśliwie musieliśmy się zmyć wcześnie. Potem siedzieliśmy u Młodego, jedliśmy, słuchaliśmy muzy i dalej gadaliśmy z Karoliną, przy czym przez telefon. Robili ze mnie ostatniego głupka, ale przyzywyczaiłem się, muszę się teraz tym żartownisiom odgryźć ;).
A dziś zamiana ról - Młody u mnie. Najpierw byłem jeszcze chwilkę u Cypisa, załatwić parę błahych spraw, potem poszedłem po Młodego i z powrotem do mnie. Trochę pograliśmy w bilarda, pośmialiśmy się, wymieniliśmy durnymi filmikami z Youtuba i rozeszliśmy się. On na tydzień swoich ferii, ja na dodatkowy wypoczynek.
Chociaż wypoczynek to tutaj przesadzone słowo. Czytanie książek do miłych nie nalezy, ale na konkurs z polaka-mimo wszystko wypada (chyba). Plus jest taki, że wyleci mi sprawdzian z informatyki.
I mam wenę, więc pewnie z niedzieli na poniedziałek jakaś zwrotka wypadnie mi z głowy na papier. Zauważyłem, że prawie pełnię mamy. Lubie pełnię, nie mam z nią żadnych wspomnień, ale jest dla mnie jakaś wyjątkowa. Niczym ciche miasto nocą. Takie drobiazgi sprawiają mi przyjemność, to chyba dobrze, szkoda ze większe sprawy przyprawiają mnie o ból głowy.
W moim przypadku nie ma takiego bólu, na który nie znalazłbym lekarstwa. Więc jest ok, jutro rano przy natłoku książek niepotrzebne smutki ulecą niczym balon na wietrze.

Króciutko

Witam w niedzielę, po raz pierwszy. Idę juz spać, następnego posta, czyli dokładny opis soboty i niedzieli, dodam za około 20 godzin ;)
Zostawiam piosenkę, która wpadła mi w ucho, coś tak czuję że długo z niego nie wypadnie.
Eminem, to wiele wyjaśnia.
"Difficult as it sounds..."

sobota, 19 lutego 2011

Nauka ponad stan

Za dużo nauki. Za duzo. Sprawdziany, konkursy, kartkówki, zadania... Zaczyna mnie to powoli przerażać. Ja klasycznie chciałbym sobie zwolnic, a nie mogę. Trudno.
Z bardzo istotnych spraw tego tygodnia:
Arsenal wygrał z Barceloną, Lech z Bragą mimo fatalnej gry, nikt mnie specjalnie nie wkurzył oraz, dziś juz własciwie, idę do kolegi.
Typowy, szkolny tydzień.
I czemu ja w ferie byłem chory, a nie teraz???

poniedziałek, 14 lutego 2011

Po poniedziałku.

Mimo że walentkynki-świetny dzień. Mimo małych kłopotów zdrowotnych w niedzielę dzisiaj dałem radę bronić. Mimo nienajlepszego początku  ostatecznie zajęliśmy szóste miejsce. Mimo, że szóste wydaje się słabe, to ogranie klasy liceum było czyms świetnym w naszym wykonaniu. I mimo że jestem skromny, to ten wygrany mecz zagrałem kapitalnie. Poza jednyną bramka wyciągnąłem wszystko. Czyli nie jestem w tak złej formie jak myslałem... Ale życiowy mecz to był 4 lata temu i już się chyba nie powtórzy,mimo ze nie mam nic przeciwko temu : )
Co do reszty dnia... nudy do kwadratu. Poniedziałek nie jest dobrym dniem, chyba dla nikogo. Choc dziś walentynki, więc wiadomo, że wysyłane karteczki poprawiły co po niektórym humor. Ja nie wysyłałem, nie dostałem, więc jest OK jak najbardziej. Tak jak lubię, bez szumu i jakichs głupawek.
No a szkoła toczy się dalej. Jutro super nudny dzień z dwoma polakami na zakończenie. Zacytowałbym kolegę, ale nie chcę uzywać na blogu przekleństw, więc napiszę tylko, ze byłby z powodu polskiego bardzo nieszczęśliwy...

piątek, 11 lutego 2011

Nie wiem...

Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Teoretycznie świetny dzień za mną, wreszcie mam nowe słuchawki, pogadałem sobie z Marychą, byłem u kuzyna, i nagrałem się w cs'a za wsze czasy. Ale czuję się źle, trochę, jakbym był słaby, trochę, jakbym był przepity, trochę, jakbym był zdegustowany tym, co widzę wokół siebie. Może to dlatego, że znów zacząłem wspominać. Tylko, że teraz wspominam inaczej: nie, że było źle, tylko to, co mogło być lepsze, co było złe, co dobre. I z takiego normalnego już bilansu zawsze wychodzi mi, że skopałem. A kiedy nie skopałem, to nikt tego nie widział, nie patrzył. Z resztą, nie patrzą do dziś. Ja, z głową pod swoim daszkiem od czapki, widzę znajomych na ulicy, gadają z kimś, omijają mnie. Albo pędzą gdzieś, nie patrząc na bok, tak jak dziś. A każda rozmowa wokół mnie jest coraz bardziej pusta, każda kolejna. Tu rodzi się dziwna sytuacja, gdzyż mam już cholernie dość być zlewem dla czyichś emocji. Bo, paradoksalnie, chciałbym, żeby ze mną rozmawiano jak z każdym innym, czyli pusto, puściutko. Niestety, jestem kimś, z kim mozna pogadać szczerze, powiedzieć "Boli mnie to i to", potem podziękować za pomoc, zapewnić, że jest najlepszym kumplem, i pójść sobie do miejsca, w którym ja już nie będę w stanie dotknąć  szczęścia tej osoby.Ale będę je widział i bedzie mnie to bolało. Może to i zazdrość, głęboka zazdrość z cudzego szczęścia? Może zwykła chęć otrzymania czgoś więcej niż słowo dziękuję? A może wcale nie chcę, by rozmawiano ze mną jak z każdym, i jest to przykrywka innego kłopotu?
Nie wiem, ale siedzi to głęboko.
I wspomnienia. Wspominam, moje wartosciowe wspomnienia zaczynają się od pewnej niedzieli nad Brdą, 11 lat temu, a kończą na pewnej wakacyjnej, sierpniowej nocy zeszłego roku. A co w międzyczasie? Najczęściej byłem tłem. Tłem, które chciało wyjść przed szereg i błyszczeć. Ale dało sobie spokój.
Potem zaczęło się pierwsze, dziecinne jeszcze rozmyslanie, które zrobiło mi dobrze. Trzymałem się dalej. W tak zwanym międzyczasie była krew. Dużo, dużo krwi. Znienawidzony widok, który powoli stał się normalnością, wręcz zwyczajną dla mnie rzeczą. Może własnie dlatego umiem spokojnie patrzeć na ohydne rzeczy... Mniejsza z tym, odbiegam do tematu. Pierwsze przeymślenia pomogły, ale na chwilę. Utonąłem w niezrozumiałym nawet dla mnie nałogu. Piwo stało się czymś fajnym, czymś co sprawiało, że byłem normalny. A fajki? Mało dymu, mało szkody. Szlajanie się? Nic niezwykłego, integracja z rówieśnikami. Po roku zrozumiałem, co gadałem,i co robiłem. Przestałem. I słusznie. Ale pojawiła się pustka, która trwa do dziś. Brakuje mi po prawdzie i jakiejś osoby, i jakiegoś zajęcia, choć bardziej tego pierwszego. Drugim może być rap, to on, powoli, dźwiga mnie w górę, wypełnia pustkę. I mimo to zdarzają się dni takie, jak ten, który już za mną.
Tłumaczę sobie, że to normalne, wielu tak ma. Ale gdy patrzę wstecz rozumiem, że nie-zbyt wielu tak jednak nie miało.
Czasem jest jak u Eminema w piosence: "Too late for the other side, caught in a chase, twenty five to life..."
A czasem jak u mnie: Tak miło i lekko, wsród całego piękna, które nagle ucieka, gdy skupiam się na wczorajszej burzy.
 Patrząc na te słowa, chcę, by było jakoś inaczej.

czwartek, 10 lutego 2011

Ponad moje siły...

Kondycja mi siada. Zwykłe kółko rowerem sprawiło mi dziś niesamowity kłopot. A teraz padam już dosłownie na twarz. Jak zacząłem korzystac z ferii to grubo przesadziłem jesli chodzi o eksploatowanie samego siebie. Chciałbym odwiedzić tylu ludzi, pójść w tyle miejsc, ale nie da się. A najważniejsze dla mnie osoby gdzieś mi ciągle uciekają. Wolny czas także wymaga wyrzeczeń. Teraz czeka mnie wybór psa. Nie byłem entuzjastą tego pomysłu mojej mamy, ale nowy lokator z pewnością zapewni mi troszkę zajęcia na popołudnia. Do tylu zmian przywykłem, to chyba pies nie bedzie dla mnie wyzwaniem :)
Jutro do kuzyna, pojutrze też możeś jadę, w sobotę do kumpla lub na spacer a w niedzielę podwójna żałoba: Koniec ferii + Walentynki.
Super-poniedziałek. Ale jak kazdy, przebolę i zapomnę...

wtorek, 8 lutego 2011

Nie ma zmiłuj...

Pewna osoba dziś mnie zdenerwowała. Mam taką jedną zasadę: wolę ludzi, z którymi nie podpisuje się żadnego pokoju, od ludzi, którzy podpisany pokój łamią. I dziś właśnie ta druga  sytuacja mnie spotkała. Obiecuję samemu sobie uroczyście, że drugiej ugody nie będzie. A jesli już, to na moich warunkach. Nie ma zmiłuj. Ludzie sa fałszywi, i to jak bardzo. Ja stawiam sprawę brutalnie, ale jasno: Game Over.

A reszta dnia... Bardzo miła. U kuzynostwa ucierpiało zdjęcie Oskara. Reanimacja niczego nie dała, ale przynajmniej się starałem. Pogrzebu w ogródku jednak nie będzie, nie te czasy, przeszła mi ochota do babrania się w piachu. A co zrobi z tym zdjęciem Dominika-jej problem, mam nadzieję, że przy nastepnej okazji nie dostanę nim w twarz, tak jak to było dziś z piłka tenisową. Oberwałem, czyli typowy dla mnie towarzyski incydent. Ze mną to tylko do kabaretu... ;)

poniedziałek, 7 lutego 2011

Ciąg dalszy nastąpił...

... czyli katar reaktywacja. Może się cofnie, oby. W niedzielę, mimo wyraźnego lenia, poszedłem na spacer, widziałem znajomych, którzy także skorzystali z okazji, czyli ładnej pogody. Heh, mniej niż środek lutego, a w powietrzu wiosna. A w marcu zapewne zima i mróz, kwiaty pomarznięte... Takie to juz dziwy się dzieją.
Ogólnie to nie mam niczego ciekawego do napisania, moja dobrze zapowiadająca się piosenka stanęła w miejscu. Muszę znowu złapać dobry nastrój, wtedy może ją skończę. Może...

czwartek, 3 lutego 2011

Katarek

No i jestem chory. W ferie...Jakie to dla mnie klasyczne. Całe szczęście, że nie planuję żadnych dalekich wypadów, wyjazdów czy czegoś w tym stylu. Zazwyczaj spedzam ferie w domu, i to się nie zmieni, chyba że koledzy mnie dokądś zagonią. Ale nawet niezbyt mam na to chęć, przynajmniej na teraz.
Znów dużo rozmyślam, wsłuchuję sie w rap, zbieram swoje postrzępione mysli i staram się złozyć je w całość, która nie kłóci się ze sobą w żadnym segmencie.Tylko że tak chyba się nie da. Za dużo jest ludzi wewnątrz mnie, wskazuje na to takze tytuł mojego bloga jak i nazwa użytkownika. Gdy biorę się za cos, Ci ludzie myślą oddzielnie, każdy ma swoje 5 minut i to działa na moją niekorzyść, bo rzadko się dogadują, a jesli już, to kompromis jest zły. I wybrałbym już dziś jedynego siebie, ale tak się nie da, to tak jakby wyrwać kawał mojej osobowości i wyrzucić ją do śmieci. Myślę, że niektórzy wiedzą, o czym piszę.
W takiej sytuacji jestem zmuszony dawać jakieś ujście wszystkim swoim wcieleniom. I jednym z tych ujść jest ten blog. Lepszym są teksty, ale ich nikt nie chciałby dokładnie przeczytać, a bloga już bardziej, tak mi się zdaje.
No a teraz piosenka o tym, co napisałem powyżej.
Dobrej nocy

wtorek, 1 lutego 2011

Wytańczony...

Oj, długo mnie nie było.
Jeszcze 2 lata temu wytłumaczenie byłoby proste: napiłbym się na tej imprezie. Ale całe szczęście ten etap mam za sobą.
Piątek, impreza. Nawet fajnie było, tylko że atmosfera siadła. To prywatne sprawy znanej mi osoby, więc nie będę ujawniał, ale znowu dużo się nauczyłem. Czasami lepiej nie łapać dwóch srok za ogon, bo obydwie mogą odlecieć z hałasem, albo po cichu. Tak to jest...
Weekend po imprezie spokojny, a potem, w poniedziałek, Witas u mnie na noc. Pomijając zimno i mój katar to wszystko było ok. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach, szczerze, a i odświeżenie pamięci dobrze robi.
Zabawnie to brzmi, ale błędy młodości były głupie. A dziś wzięło mnie na piosenkę, i to chyba jedną z lepszych, jakie napisałem. Trochę mniej smutno niż ostatnio, ale to i tak nie jest pełnia szczęścia. Może wzięło się to stąd, że odkryłem niby prosty, ale jednocześnie mocno martwiący fakt. Otóż wszyscy znajomi w grupie zmieniają się nie do poznania. I jest mi smutno, bo ja nie lubię szpanować lub odgrywać kogoś innego w grupie, a wszyscy tak robią. Kultura masowa odcisnęła wielkie piętno na nas i to może się źle skończyć w przyszłości. Ja za swoje głupoty się wstydzę. Umiem przyznać się, gdy coś palnę i nie odwracam kota ogonem. A wiele osób stara się byc fajnym na sile, w dodatku wmawiając sobie, ze wszystko co robia, jest spoko. Oj, ile razy ja się smialem z takich osób. Bo to jest zalosne, szczególnie na nie patrząc gdy coś wkrecają i myslą, że im się udaje. Megalomania tez postępuje, co widać wyraźnie.
Ech, po co pisać o prostakach? Jakos zawsze sam z siebie schodzę na takie tematy, jakbym mial się za idealnego.
No nie, jeśli ktos odniosł takie wrażenie, to tak nie jest ;)

czwartek, 27 stycznia 2011

Jutro potwornie ciekawy dzień. Chemia, na którą nie będę się uczył, i impreza, na której nie będę się bawił.
W sumie jest tak zawsze, tylko że teraz wiem to jeszcze na długo przed faktem (a nie 5 minut przed lekcją/imprezą).
Eh, postaram sie o jakieś zdjęcia, będzie czym galerie poozdabiać.

Widzę, że Walentynki mają jeszcze jeden rodzaj wpływu na ludzi. Wszyscy ustawiają sobie status na Facebooku na "Wolny/a". Tak, atmosfera oczekiwania na kartkę od tajemniczego wielbiciela, który nie umie się przyznać do swej miłości otwarcie musi byc niesamowita. I doprawdy wielka szkoda, że mnie to nie trafia...

A na koniec-Grammatik. By pamiętać, kim się jest, było i będzie.

wtorek, 25 stycznia 2011

Ostatnie dni

Już zaraz ferie. Nareszcie. Muszę odpocząć od zgiełku szkoły, bo w końcu wykituję, i tak co rano jadę na oparach energii i woli walki o niezaśnięcie na każdej lekcji. Dziś było niemiło, to co było do napisania poszło mi źle. No i musiałem się dopomneć o ocenę, dzięki temu chyba będzie świadectwo z paskiem na półrocze. Ale co to mi daje? Satysfakcję? Poczucie dobrze wykonanej roboty? Raczej nie.
Po niedzielnej rozmowie na GG doszedłem do wniosku, że... lepiej, żebym nie dochodził do wniosków, bo będą one zbyt krytyczne dla mnie i otoczenia (na co obydwie strony nie zasługują). Muszę jednak przyznać, że zawsze miło podyskutować na ważne tematy i jakoś tam sobie pomóc. Lubię szczere rozmowy, tylko że rzadko mam na nie okazje, bo dzisiaj głównie liczy się fajność wśród kolegów i szpanowanie czym się da. Cóż, "bo tutaj jest jak jest, po prostu..". Najwyżej odetnę się od wszystkiego, nikt nie bedzie żałował.

 A co do polaków na MŚ, to mam dla nich cytat z Fabiańskiego: Shit happens. A więc oby ten turniej już się nie powtórzył.

No to ja wracam do swoich spraw, napiszę może jutro, moze już w ferie.
Bym był zapomniał, jeszcze dwie ważne daty.

Piątek, czyli tańcowanie na imprezie, do której zostałem praktycznie wmuszony, ale pewnie będzie fajnie.

No i 14 luty. Chyba wiadomo o co chodzi...

niedziela, 23 stycznia 2011

W pułapce przyjaźni

Będą kłopoty. Czuję to. Gdy stajesz pomiędzy dwoma przyjaciółmi, i to zwaśnionymi na śmierć, masz mocno ograniczone pole manewru, musisz odpowiednio dobierać słowa, ważyć czyny, próbować mediacji. Tak to jest. A ja muszę pójść w jedną z tych stron, stanąć przy jednym z nich, i ostatecznie wyniszczyć drugiego.To dlatego, że nie umiem do nich przemówic, nie potrafię dać im do zrozumienia, że to co robią ze sobą jest fatalne dla nich samych.  A jua ostaecznie muszę coś powiedziec, przy kim będę czuwał. To będzie bolało, ale tak musi się stać, dla każdego z nas to będzie najlepsze.
Chory konflikt musi się skończyć, a miłe słowa nic nie pomogą.
Jak to się potoczy dalej? Nie wiem, ale będzie na pewno niemiło. I to bardzo...

środa, 19 stycznia 2011

I źle, i dobrze...

Dzień pełen sportu za mną. Po halówce jestem cały zmeczony, no ale piłka w kazdej formie sprawia mi radość. Stłuczone kolano i zbite udo to nic wielkiego jak na halówkę. Przynajmniej dla większości tak jest, bo kontuzje z reguły sa powazniejsze, jesli angażuje się w gre. Cóż, dwa dni do weekendu, jakoś to wytrzymam. Niestety, znowu są jakieś sprawdziany o których nikt mnie nie poniformował (ten turniej w piatek...) i czeka mnie nauka na czuja.
Czyli to co zwykle ;)

wtorek, 18 stycznia 2011

(Pół)finałowy dzwonek

Jeszcze chwila i będą ferie. Mam juz jaśnie okreslony plan na ten okres, ale zawsze coś może się sypnąć, więc nie ma co cieszyć się na zapas. Są dwie bardzo pozytywne wiadomości: (chyba) mam niezłą średnią na półrocze oraz fakt, że kumpel będzie na ferie. Przynajmniej nie bedzie nudno, gdzieś się wyskoczy. Teraz już kulturalnie, fantazja dzieciaka powoli mi mija. Może to lepiej, może to gorzej, ale lepiej nie pakować się w niepotrzebne kłopoty.
A w szkole wystawiania ocen ciąg dalszy...

sobota, 15 stycznia 2011

GPS

Wczoraj nie pisałem, ale nic ciekawego nie miało miejsca.
Tylko formalna notka odnośnie turnieju: zgodnie z moimi przewidywaniami nie zagrałem ani minuty.
A dziś za mną intensywny dzień. Młody znowu wrócił, więc oczywiście zorganizowaliśmy sobie wypad, znowu do MM. Tym razem jednak nie musielismy wracać mostem.
Fajnie w sumie było, pogadalismy o ludziach, którzy się zmieniają, pośmialiśmy się ze swoich ułomności, zostałem GPSem no i o mało Karoliny nie udusiliśmy. Ale chyba nie powinna byc o to zła. Mam przynajmniej nadzieję, przepraszałem z trzy razy. Szkoda, że do końca humoru nie złapałem, za dużo myśli, za dużo wątpliwości. Jeśli i ta znajomość ma się skończyć tak jak ta z lata, to dziękuję bardzo, wolę się nie mieszać. I będę miał awersję do mieszkańców tej małej wioski.
Przy okazji, dowiedziałem się dziś, że słuchanie muzyki a słuchanie kultury muzycznej to zupełnie co innego. Przykład pierwszy z brzegu: reggae. Nie mam nic do tej muzyki, jest jak kazda inna, niektóre piosenki nawet mi się podobają, ale już sama kultura reggae przyprawia mnie o mdłości. I dziś dostałem naoczny przykład że "słuchać muzyki' a "żyć muzyką" to kompletnie co innego, dwa różne pojęcia. Ludzie się zmieniają, diametralnie, z dnia na dzień, bez żadnego ostrzeżenia.
Mimo wszystko mam nadzieję, że w ferie zobaczymy się w takiej grupie znowu. I oby nikt z nas się nie zmienił na gorsze.
A na koniec Fenomen, i -jakże by inaczej- "Zmiany"

czwartek, 13 stycznia 2011

Na sportowo

Jutro turniej w siatkówkę. Idę tam jako grzejący ławę. Może wejdę raz czy dwa, ale raczej wątpię. W końcu mam taki jeden mały mankament.
Wzrost...
Patrząc realnie, skład nie jest świetny, ale obyśmy sobie jakoś poradzili, to ocenki wpadną. No i w szkole mnie nie będzie.
Dzis napisałem sobie piosenkę. Wreszcie naszła mnie wena do pisania na szybko. Chyba pierwszy raz od miesiąca.
Szóstka z muzyki musiała mi dać natchnienie...

środa, 12 stycznia 2011

Krótko

Dzis któtko, bo nie mam czasu, uczę się głupiej piosenki...
Generalnie to mogłbym zrobić plebiscyt na najbardziej wkurzonego nauczyciela dnia i kandydatów byłoby wielu. Sprawdzian z polaka to była porażka, 4 uznam za sukces. No i pompowałem, pompowałem i wypomopowałem na 5 ;)
Czyli dużo szkolnych wrażeń( pamiętając oczywiście o ataku prosto w twarz...) i konieczność śpiewania.
Niestety dla postronnych słuchaczy.

wtorek, 11 stycznia 2011

Kolejny filmik, tym razem Fenomen-Marzenia.
"Przecież kazdy ma marzenia..."
Tak, to był hip-hop, nie to co teraz, komercja dociera wszędzie.
Ale takie piosenki pozostają na długo w pamięci, razem z zespołami.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Mów mi jak chcesz

Najpierw krótko o szkole, dziś trzy sprawdziany, nie było nawet źle jak na oczywiste nieuczenie się do nich i wiadomośc o planowanych przygotowaniach do konkursu, co dodało mi niesamowitego animuszu do dalszych działań na lekcji języka polskiego.
A teraz moje niesamowicie głębokie przemyslenia. Zastanawiałem się, do jakiej kultury pasuję. I w zasadzie wyszło mi, że do żadnej. Hip-hopowcy czy raperzy są mi najbliźsi ale handel drugami, lewy przemyt i jakieś gówna mnie nie pociągają, tak jak spuszczanie łomotu za nic. Reggae kompletnie mnie odpycha ze wzgledu na ten cały "Jamaican style". Metalowcy też mnie denerwują, bo nie ma innej muzyki na świecie niż ich ulubiona. A są, jest ich wiele, tylko wystarczy chciec posłuchać. Emo-bez komentarza, ja tez moge się pociąć Gilletem, ale wolałbym nie mdlec potem przez 3 dni pod rząd. Punki-nie mam nawet nic przeciwko, ale nic mnie z tym nie łączy. Goci-oj kiedyśbyłem nawet blisko, ale w porę zrozumiałem o co w tym chodzi. Na koniec lansiarze, lansiarki i zelusiegorsza z żyjących grup, która niestety ma coraz więcej prominentnych członków propagujacych swoje zachowanie gdzie się da. Dzis nawet ja nie ujechałbym daleko bez szpanu. To smutne, ale prawdziwe.
A siebie gdzie bym umiejscowił? Jestem troszkę hip-hopowcem z osiedla (bo lubię chodzić tu i tam) ale ja jestem bardziej poza wszelkimi grupami, taki wieczny wedrowiec.
To tu, to tam, ale najlepiej, gdy jestem sam...

sobota, 8 stycznia 2011

Gitara

Od kilku lat zastanawiam się, co zrobić ze swoim niewątpliwym talentem do... I tu właśnie pojawia się pytanie: do czego? Nie dałem się poznać jako ktoś wybitny w jakiejkolwiek dziedzinie, przynajmniej ja tak nie uważam, więc wniosek jest prosty: albo zmarnowałem już swój jakiś talent albo go jeszcze nie odkryłem. Jednyna rzecz, którą mógłbym nazwać talentem, jest umiejętność tworzenia krótkich, tajemnieczych myśli lub tworzenia swego rodzaju poezji.
Bo nic nie oddaje tak myśli jak wiersz pisany o drugiej w nocy, przy księżycu w pełni.
Dopiero gdy nikt nie widzi moich oczu zyskuję umiejętność patrzenia duszą.
Mam nadzieję, że jednak talent się ukaże. Nie chciałbym w przyszłości robić czegoś, do czego nie mam predyspozycji lub nie będzie sprawiało mi radości.
Chciałbym też grać na gitarze. Niby sprawa łatwa, teoretycznie mógłbym i w poniedziałek zamowić sobie jakąś dobrą, klasyczną gitarę. Mógłbym też zaraz po zakupie zapisać się na lekcje gry, czas bym znalazł, mimo napiętego kalendarza. Tyle że ja nie wyobrażam sobie gry dla samej gry, albo ewentualnie suchej pioseneczki na jakimś szkolnym, śmiesznym występiku (niczego nie ujmując osobom w nich wystepującym, to moje subiektywne zdanie). Dla mnie moja muzyka powinna być adresowana bezpośrednio do jedenej osoby, z którą mógłbym się nią dzielić. Po prostu wyrażać siebie każdą piosenką...
Czasami jestem marzycielem, ale realizmu tez mi nie brakuje. Dobrze wiem, że nie znalazłbym obecnie ani zapewne w niedalekiej przyszłości żadnej osoby, z którą mógłbym się muzyką bezpośrednio dzielić. Chyba więc nie ma sensu kupować gitary. Kiedyś jednak nauczę się grać, choćby dla samego siebie, by spróbować. Bo próbować nigdy nie zaszkodzi.

Hej, kolęda, kolęda...

... i po kolędzie. Sobota rano, a tu coś takiego. Trudno, musiałem jakos wstać, od tego nie ma ucieczki. Ale po co budzić się dla 10 minut modlitw i pogaduch rodziców z księdzem? Bez sensu...
Dziś kolejny dzień odwilży. Z dachu cały czas leci śnieg, momentami obawiam się, czy razem z nim nie szusują w dół też dachówki. Zeszłej nocy hałas był taki, że nie mogłem zasnąć. Odwilż to rodzaj pogody za którym osobiście nie przepadam. Łatwiej się połamać niż dojść ze szkoły czy kościoła do domu...
Już jutro przykry powrót do niedzielnej rutyny. Olałbym wszystko koncertowo (co jest moją specjalnością od jakichś 5 lat) gdyby nie sprawdzian z fizyki.
A fizyka to coś, do czego muszę się (nie lubię tego słowa) przykładać. Zapamiętywanie wzorów na byle co nie jest moją specjalnością... Jest jeszcze informatyka, ale tu chyba będę bardziej powściągliwy w uczeniu się. Pod tym względem mój niedzielny 'obowiązek' zostanie oczywiście spełniony ;)

piątek, 7 stycznia 2011

Nudy

Dzisiaj było po prostu nudno. Troszkę myślenia o przeszłości i przyszłości oraz mała złość, w zasadzie nie wiem za co.
Nudno.
Jutro tak nie będzie, jest kolęda, jest impreza...

czwartek, 6 stycznia 2011

Skutki czasu wolnego

Przyrost czasu wolnego jest chyba równznaczny z przyrostem różnych niezrozumiałych mniej i bardziej dla mnie procesów.
Przeżyłem dziś szok. Otóż mój pomysł został wcielony w życie przez kogos innego.
Jednak następna rzecz nie była już tak zaskakująca: oczywiście według innych to nie był mój pomysł.
Trudno, dopomnę się troszkę o swoje.
I przezyłem jeszcze jeden, mniejszy szok. Kolejna durna wiadomość na gg od mojej 'kochanej' koleżanki.
To tego chyba będę się musiał przyzwyczaić, bo jej tylko wykrety się zmieniają.
Co do mnie, źle się dzisiaj czuję. Nie wiem, czy to kwestia zmęczenia, sromotnej klęski w szachy, czy innego procesu, nie ulega jednak wątpliwości, że to dzisiej najmniejsze zaskoczenie. Źle czuję się, tak uśredniając, co 3 dni.
Na obronę swojego zdrowia mogę tylko napisać, że mam osobistą niechęć do lekarzy...

Bywa i tak.

środa, 5 stycznia 2011

Różne szkolne przypadłości

Dziś dużo się działo. Plecak ważący chyba z tonę, którego musiałem przytachać do szkoły był tylko wstępem. Oczywiście, znów rozwalił mi się zamek. Potem był niemiecki, i klasyczne docinki.
Co do testu gimnazjalnego, ja przepraszam bardzo, ale to jest próba, i wyniki na moje nie były złe.
No ale trzeba nas zmobilizować...
Bez sensu mówiąc krótko.
No i filmik. Duzo improwizowania, trochę szybkiego kręcenia i gorący reflektor - to najbardziej wryło mi się w pamięć. Ale nie oceniam przed zobaczeniem efektu końcowego, myślę, że będzie nieźle.
A na sam koniec dnia, podczas rozmowy, przypomiała mi się "sosna". Chyba przejdę się tam na spacer, nie byłem od urodzin. Tylko z drogą cięzko, nikt tam nie chodzi. Ale widoki są piękne, wokół przyroda, zwierzęta...
Oby pogoda i zdrowie dopisały.
W piątek ruszam.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Stay...


Prawie abym zapomniał, wstawię jeszcze piosenkę. Nieprawdopodobnie wpadła mi w ucho. A niby nie chciałem słuchać kawałków w takim stylu, miał być tylko życiowy, stary polski rap. Ale to chyba jest od niego bardziej życiowe, bo właśnie takie słowa wykrzyczałbym teraz do niej, gdybym tylko mógł...

Nowy rok, nowa historia.

W końcówce starego roku dopadły mnie dwie myśli. Oprócz chęci stworzenia bloga naszła mnie też chęć na wzięcie udziału w pewnym, od jakiegos czasu, corocznym wydarzeniu. Otóż oczywiście po Sylwestrze na fejsie i nk wielu imprezowiczów ściga się we wrzucaniu zdjęć z ich "najlepszej po słońcem imprezy sylwestrowej". Wyścig trwa, najlepsi z mi znanych mają po około 50 takich słit foci, połowa to oczywiście "szneki" albo inne głupie miny. Arek stwierdził mało zaskakująco, ale jednocześnie celnie: "Tak być musi" i miał chłop rację.
Cóż liczy się ilość, a nie jakość...
I teraz pytanie, czemu ja nie wrzucę fotek ze swojej super niesamowitej imprezy?
1.Bo nie czuję wewnętrznej potrzeba polansowania słit fociami gdzie się da.
2.Bo wszystkim którym musiałem już za 31 grudnia i 1 stycznia dziękowałem, oni też, i mi to całkowicie wystarczy
3.Bo poszedłem po rozum po głowy i postanowiłem 100 zdjęć nie robić.
A, co do starego roku, to mam dziwne uczucie, że po 2009 nastapił 2011. Poprzedni rok po prostu niczego w moim zyciu nie zmienił. Były momenty, gdy myślałem, że zmiany już są na wyciągnięcie ręki (tzn. dwa ostatnie tygodnie lata), ale dość okrutnie się zawiodłem. Oby te 12 miesięcy było lepsze. Czekam tylko na wakacje, wtedy postaram się wykorzystać je do maksiumum, a nie tylko w jednej czwartej. Człowiek uczy się na błędach. Obym ja okazał się człowiekiem.
No i oczywiście życzę szczęśliwego nowego roku :)

Zachcianka

Ta, naszła mnie myśl...
I ochota na bloga...
Ale to będzie blog w formie pamiętnika, a nie dla nauczyciela (to by było zabawne), nie dla 'kochających' znajomych, ale może dla chcących mnie lepiej poznać.Przede wszystkim jednak dla mnie. I już. A jak ktoś znajomy tu zawita, to może się zezłości, może się pośmieje, może mnie obsmaruje, a może popiszemy. Nie wiem i wiedzieć raczej nie chcę.
Hehe, jak bedzie mi się chciało pisać tu przez więcej niż miesiąc to się zdziwię. Pożyjemy, zobaczymy ;)
No to zaczynam, poniedziałek, 3 styczeń 2011 roku, coś w okolicach 22:30.