piątek, 24 czerwca 2011

Time to say "Goodbye".

Cóż, po trzech latach trzydziesci trzy osoby rozchodzą się. Każda w swoją stronę, kazda ze swoimi marzeniami, planami. Niektóre spotkają się we wrześniu, inne rozłączą się na długie lata, by potem wspominać wspólnie stare, dobre czasy. Kolej losu, płynący czas - mówią za nas "Koniec".
17.00 - Zakończenie w szkole.
Najpierw świadectwa. Tak, ponoć bylismy najlepsi.
Ponoć najbardziej uśmiechnięci, weseli, bezpośredni.
Podobno nikt nie miał takiej siły przekonywania.
I wszyscy będą tęslnić za nami.
A ja z miłą chęcią powiem we wrześniu tym samym nauczycielom "Dzień Dobry". Niech wiedzą, ze mnie się łatwo nie pozbędą, a poza tym zostawiłem tu jeden, niedokończony zakład. Honorowo byłoby wygrac i zgłosić się po nagrodę ;) Wracając do tematu, troszkę chodzenia po różne różności było. Pożegnania z nauczycielami, nasze wierszyki(kapitalne zresztą) i film, potem chwilowy powrót do domu.
19.00 - Bal zakończeniowy.
No i nasze ostatnie pięć godzin, pięć godzin tańca, rozmów i zdjęć. Muzyka była dobra, w sam raz dla każdego. Menu w porządku, okraszone cukierkową niespodzianką. Tańczyłem troszkę, potem nie miałem sił i chęci. Poprosiłem o kilka zdjęć z najważniejszymi osobami. Może kogoś pominąłem, ale cóż... Mówili o mnie, ze byłem fajny, to trzeba było mnie do zdjęcia prosić. A ja wychodzę z prostego zalożenia "Nie to nie". Widać nie jestem wystarczająco POP-ularny. Przeżyję to jakoś.
Natomiast koło 23.30 nastąpiła osobliwa rzecz.
Usiadłem przy stole, obok szła Jagoda. Zatrzymałem ją, poprosilem abyśmy pogadali. W 5 minut z naszej dwójki zrobiła się ponad dziesięcioosobowa grupka. Zdecydowanie, potrzebne nam były rozmowy, wspomnienia, nawet bardziej niż taniec. Bo i osoby, które tam siedziały, w trakcie pozegnań nie płakały. To było łatwe do wytłumaczenia. My już coś sobie wyjaśniliśmy, mieliśmy czas na przetrawienie emocji. Płacz nie jest czymś złym, nie. Jednak niektórzy umieli nad nim w prosty sposób zapanować.
24.00 - Pożegnania.
Ryk na calego. Setki wspomnień nadeszły, więc było to nieuniknione. Z każdym musiałem się pożegnać, to raczej obowiązek. Niektóre dziewczyny rozpłakały się wcześniej, inne później, dwie nawet żegnając się ze mną. Paru chłopaków tez ponoć beczało. Widać, że ta klasa miała "to coś", do końca trzymalismy się razem...
Podsumowując: z niektórymi już się spotkałem w wakacje, z innymi przyjdzie mi rozmawiać, a część będę łapał na telefon bądź gg. Chciałbym pamiętać i przypominać się. Bo choć we mnie nie tkwi nigdy wielki sentyment do ludzi, to jednak doceniam, że tworzylismy wyjątkowy twór. I większość z nas myślami powróci w te trzy lata, klasowe wycieczki, wigilię pod balokonem, kłótnie i śmiechy.

A ja?
Ja idę do przodu.
Teraz mam wakacje, we wrześniu znów szkoła. Wejdę do niej, uśmiechnę się na widok znajomych, skrzywię się na widok planu i wieści o pierwszym sprawdzianie, nawiążę nowe znaojmości i odnowię stare, przetrwam wzloty i upadki, semestry i jedynki, dotrę do matury, studniówki, zakończenia...
I pójdę dalej.

Ta, dziękuję i przepraszam.
Proszę o więcej.
A teraz idę, zostawiam piosenkę.
Jej mocą jest to, że jest niezrozumiała....
I taka jest właśnie moc przemian.

Są nieokreślone, ale zawsze przynoszą chwile, które zapamiętasz...


"And I get nosebleed.
But I always get up..."

Do zobaczenia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz