Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Teoretycznie świetny dzień za mną, wreszcie mam nowe słuchawki, pogadałem sobie z Marychą, byłem u kuzyna, i nagrałem się w cs'a za wsze czasy. Ale czuję się źle, trochę, jakbym był słaby, trochę, jakbym był przepity, trochę, jakbym był zdegustowany tym, co widzę wokół siebie. Może to dlatego, że znów zacząłem wspominać. Tylko, że teraz wspominam inaczej: nie, że było źle, tylko to, co mogło być lepsze, co było złe, co dobre. I z takiego normalnego już bilansu zawsze wychodzi mi, że skopałem. A kiedy nie skopałem, to nikt tego nie widział, nie patrzył. Z resztą, nie patrzą do dziś. Ja, z głową pod swoim daszkiem od czapki, widzę znajomych na ulicy, gadają z kimś, omijają mnie. Albo pędzą gdzieś, nie patrząc na bok, tak jak dziś. A każda rozmowa wokół mnie jest coraz bardziej pusta, każda kolejna. Tu rodzi się dziwna sytuacja, gdzyż mam już cholernie dość być zlewem dla czyichś emocji. Bo, paradoksalnie, chciałbym, żeby ze mną rozmawiano jak z każdym innym, czyli pusto, puściutko. Niestety, jestem kimś, z kim mozna pogadać szczerze, powiedzieć "Boli mnie to i to", potem podziękować za pomoc, zapewnić, że jest najlepszym kumplem, i pójść sobie do miejsca, w którym ja już nie będę w stanie dotknąć szczęścia tej osoby.Ale będę je widział i bedzie mnie to bolało. Może to i zazdrość, głęboka zazdrość z cudzego szczęścia? Może zwykła chęć otrzymania czgoś więcej niż słowo dziękuję? A może wcale nie chcę, by rozmawiano ze mną jak z każdym, i jest to przykrywka innego kłopotu?
Nie wiem, ale siedzi to głęboko.
I wspomnienia. Wspominam, moje wartosciowe wspomnienia zaczynają się od pewnej niedzieli nad Brdą, 11 lat temu, a kończą na pewnej wakacyjnej, sierpniowej nocy zeszłego roku. A co w międzyczasie? Najczęściej byłem tłem. Tłem, które chciało wyjść przed szereg i błyszczeć. Ale dało sobie spokój.
Potem zaczęło się pierwsze, dziecinne jeszcze rozmyslanie, które zrobiło mi dobrze. Trzymałem się dalej. W tak zwanym międzyczasie była krew. Dużo, dużo krwi. Znienawidzony widok, który powoli stał się normalnością, wręcz zwyczajną dla mnie rzeczą. Może własnie dlatego umiem spokojnie patrzeć na ohydne rzeczy... Mniejsza z tym, odbiegam do tematu. Pierwsze przeymślenia pomogły, ale na chwilę. Utonąłem w niezrozumiałym nawet dla mnie nałogu. Piwo stało się czymś fajnym, czymś co sprawiało, że byłem normalny. A fajki? Mało dymu, mało szkody. Szlajanie się? Nic niezwykłego, integracja z rówieśnikami. Po roku zrozumiałem, co gadałem,i co robiłem. Przestałem. I słusznie. Ale pojawiła się pustka, która trwa do dziś. Brakuje mi po prawdzie i jakiejś osoby, i jakiegoś zajęcia, choć bardziej tego pierwszego. Drugim może być rap, to on, powoli, dźwiga mnie w górę, wypełnia pustkę. I mimo to zdarzają się dni takie, jak ten, który już za mną.
Tłumaczę sobie, że to normalne, wielu tak ma. Ale gdy patrzę wstecz rozumiem, że nie-zbyt wielu tak jednak nie miało.
Czasem jest jak u Eminema w piosence: "Too late for the other side, caught in a chase, twenty five to life..."
A czasem jak u mnie: Tak miło i lekko, wsród całego piękna, które nagle ucieka, gdy skupiam się na wczorajszej burzy.
Patrząc na te słowa, chcę, by było jakoś inaczej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz