Październik... Moje urodziny... Nie lubię tego miesiąca...
Niestety, będzie szaro, buro i ponuro, a to mnie dobija. Ale przynajmniej urodziny wreszcie spędzę razem ze znajomymi, na małym, wspólnym świętowaniu, może ognisku. Ponadto dwa długie weekendy - najpierw wycieczki i ślub Tereski ( winszuję, życzę oczywiście szczęścia :] ) a potem 14-16, czyli odwiedziny u Marka. Skoro o przyszłości napsiałem, teraz czas na przeszłość.
W szkole nie jest źle, poza biologią i fizyką. Nawet dostałem 5 z niemca (cud, jakby nie patrzeć...). W ostatnich dniach ważniejsze były jednak otrzęsiny. Harowałem za trzech, byłem człowiekiem-orkiestrą i dzięki temu oraz pomocy Kasi wszystko się udało. Plakat, piosenka, zapowiedź... Myślałem, że to koniec atrakcji... A jednak niestety nie.
Mleko - demon mego dzieciństwa, kiedyś miałem na nie alergię, nie tolerowałem laktozy. Dziś powróciło...
W butelce 0.7l, na ktorej znajdował się smoczek. Wiadomo, zawartość trzeba było jaki najszybciej wypić... I to ja byłem pierwszy, dzięki dobrej technice. Ale wypicie tego mleka to był heriozm, zaraz potem musiałem siegnąć po gumę do żucia, bym wytrzymał...
Ostatecznie zajęliśmy miejsce drugie, niezłe. Gdyby wszyscy się przyłozyli byłoby lepiej, ale cóż... Moźe następnym razem odniesiemy sukces.
Wczoraj mieliśmy też futrzastego gościa, kunę na tuji. Ponoć wujek ją zgonił, i dobrze.
Po natłoku rozmów i spacerów z dodatkowym cofaniem się (Bywa, prawda Jagodo? ;] ) padam na nos...
A więc czas spać, postaram się przeznaczyć od października więcej czasu na bloga.
Dobranoc ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz