Ciekawy tydzień za mną. Był w sumie luźny, ale skłaniający do wielu przemyśleń, bo z wieloma osobami przyszło mi szczerze porozmaiwać. Zapuszczam "wąsy" na jutro, oczywiście dla Małysza. Wykład odnośnie rekolekcji księdza Lemana (skądinąd znane mi nazwisko, "mojego" Lemana muszę przyskrzynić do gry w piłkę w ten weekend) troszkę do mnie trafił, z naciskiem na troszkę. W każdym razie, nareszcie jest po co na te rekolekcje pójść. Cały tydzień, poza poniedziałkiem oczywiście (o czym pisałem już kilka dni temu) nudny, bo opieprzu za te wagary we wtorek należało się spodziewać. Było, minęło, kolejna dobra nauczka na przyszłość. Sprawdzian z chemii jakoś przeżyłem, zarobiłem na zakończenie z łokcia w twarz i w nieprawdopodobnie cudnej, deszczowej i wietrznej pogodzie udałem się do domu. A potem...
Czas na całkowicie wolny weekend.
Taki, jaki lenie lubią najbardziej :D
"Jestem tam, gdzie zaniesie mnie wiatr, gdzie przywieje mnie nadzieja, gdzie zepchnie mnie szkwał. I niezależnie od warunków, niezależnie od cierpienia, zawsze, zawsze będę chciał coś zmieniać..."
piątek, 25 marca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
Emocjonalnie
Kilka ostatnich dni odbyło się z niezłym wykopem. Zacznę od tyłu, czyli aferka z okazji Dnia Wagarowicza.
Jedni uciekali, jedni nie uciekali, jedni nie przyszli, inni siedzieli na lekcjach, znalazł się tez cwaniak, komplecik jednym słowem. Bajzel totalny. Teraz każdy coś do kogos ma, na Facebooku lata mięso (jakby nie można było tego sobie osobiście wyjaśnić za pomoca np.slow), po prostu wychodzi szydlo z worka, czyli jak sie wszyscy ze soba kochaja. Wlasnie dlatego nigdy nie jestem zzyty z osobami z klasy, zawsze jakies klotnie. A ja sadze ze kazdy powienien samemu sie o siebie zatroszczyc, bez wsluchiwania sie w innych. Wtedy bedzie dobrze, choc to chyba futurystyczny scenariusz.
W tej oto milej scenerii witamy Wiosne...
A w niedziele pozegnanie Malysza. Wiem, ze wszyscy o tym trabia, ale ja tez to zrobie, bo czuje taka potrzebe. 10 lat, kazda niedziela, soboty, piatki, zawody, krzyki, smutek, radosc. To bardzo, bardzo wiele, szczegolnie ze chyba dzieki niemu zainteresowalem sie w ogole sportem. I jeszcze zwyciestwo w Kulm podczas mojej wyprowadzki. Pamietam jak dzis siebie dziesieciolatka siedzacego na starym krzesle w opuszczanym domu ogladajacego jego zwyciestwo. Byly czasy, byla beztroska. Teraz odchodzi, ja juz starszy, bardziej zajety tym wszystkim ale na skoki zawsze byl czas.
A ostatni konkurs to byla bajka, zmiana pokolen, ale z calym szacunkiem dla Stocha, nie, to nie bedzie raczej ta polka...
W kazdym razie, za medale, za zwyciestwa, za walke, za radosc.
Panie Adamie - Dziekuje.
Jedni uciekali, jedni nie uciekali, jedni nie przyszli, inni siedzieli na lekcjach, znalazł się tez cwaniak, komplecik jednym słowem. Bajzel totalny. Teraz każdy coś do kogos ma, na Facebooku lata mięso (jakby nie można było tego sobie osobiście wyjaśnić za pomoca np.slow), po prostu wychodzi szydlo z worka, czyli jak sie wszyscy ze soba kochaja. Wlasnie dlatego nigdy nie jestem zzyty z osobami z klasy, zawsze jakies klotnie. A ja sadze ze kazdy powienien samemu sie o siebie zatroszczyc, bez wsluchiwania sie w innych. Wtedy bedzie dobrze, choc to chyba futurystyczny scenariusz.
W tej oto milej scenerii witamy Wiosne...
A w niedziele pozegnanie Malysza. Wiem, ze wszyscy o tym trabia, ale ja tez to zrobie, bo czuje taka potrzebe. 10 lat, kazda niedziela, soboty, piatki, zawody, krzyki, smutek, radosc. To bardzo, bardzo wiele, szczegolnie ze chyba dzieki niemu zainteresowalem sie w ogole sportem. I jeszcze zwyciestwo w Kulm podczas mojej wyprowadzki. Pamietam jak dzis siebie dziesieciolatka siedzacego na starym krzesle w opuszczanym domu ogladajacego jego zwyciestwo. Byly czasy, byla beztroska. Teraz odchodzi, ja juz starszy, bardziej zajety tym wszystkim ale na skoki zawsze byl czas.
A ostatni konkurs to byla bajka, zmiana pokolen, ale z calym szacunkiem dla Stocha, nie, to nie bedzie raczej ta polka...
W kazdym razie, za medale, za zwyciestwa, za walke, za radosc.
Panie Adamie - Dziekuje.
sobota, 19 marca 2011
I w domu
I po Warszawie. Miasto-ogrom, przepych, światła. W sumie mój klimat, ale i tak wolę spokojne, 15 tysięczne miasteczko. Bo na wyjeździe tez jest wszystko odczuwane inaczej, to i tak nie jest codzienność. A w niej w duzym miescie chyba utonąłbym od razu.
Sama wycieczka- nawet, nawet. Bardzo dużo chodzenia, co ze względu na moją zastraszającą kondycję mnie ucieszyło (bez ironii), fajny spektakl w teatrze, łyk historii na Powązkach i śmiech w schronisku. Nie spodobała mi się troszkę organizacja (dużo, dużo nieścisłości) i kretyńskie zachowanie pewnych osób. Czemu tak sądzę? Bo wygłupy w gronie znajomych nie są niczym złym, sam przecież często to robię, ale lansowanie się na megagwiazdę wyjazdu przez 4 dni i olewanie tych "mniej błyszczących" czy idiotyczne słowa, gesty i sposób bycia mnie drażni. No i na jednej osobie się zawiodłem bardzo mocno, a wobec drugiej potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie niskiego poziomu inteligencji.
A w szkole dni otwarte, na których było wiele rzeczy wartych uwagi które mnie ominęły, bo siedziałem jako jedna z czterech osób na lekcjach. Ale mogę odetchnąć: niewielu starych znajomych będzie składało podania do liceum. Chciałbym uniknąć zderzenia z plastikiem, a niektórzy mają go w sobie aż nadto.
Szczęśliwie, plastik w większości wybiera szkoły zawodowe.
A ja odsłuchuję muzykę, nareszcie jest czas. Nie wiem co lepsze: sam bit czy z tekstem, ale decyduję się na pełną wersję.
Sama wycieczka- nawet, nawet. Bardzo dużo chodzenia, co ze względu na moją zastraszającą kondycję mnie ucieszyło (bez ironii), fajny spektakl w teatrze, łyk historii na Powązkach i śmiech w schronisku. Nie spodobała mi się troszkę organizacja (dużo, dużo nieścisłości) i kretyńskie zachowanie pewnych osób. Czemu tak sądzę? Bo wygłupy w gronie znajomych nie są niczym złym, sam przecież często to robię, ale lansowanie się na megagwiazdę wyjazdu przez 4 dni i olewanie tych "mniej błyszczących" czy idiotyczne słowa, gesty i sposób bycia mnie drażni. No i na jednej osobie się zawiodłem bardzo mocno, a wobec drugiej potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie niskiego poziomu inteligencji.
A w szkole dni otwarte, na których było wiele rzeczy wartych uwagi które mnie ominęły, bo siedziałem jako jedna z czterech osób na lekcjach. Ale mogę odetchnąć: niewielu starych znajomych będzie składało podania do liceum. Chciałbym uniknąć zderzenia z plastikiem, a niektórzy mają go w sobie aż nadto.
Szczęśliwie, plastik w większości wybiera szkoły zawodowe.
A ja odsłuchuję muzykę, nareszcie jest czas. Nie wiem co lepsze: sam bit czy z tekstem, ale decyduję się na pełną wersję.
Save me...
Dobrej nocy ;)
niedziela, 13 marca 2011
Znowu w ruchu
Tydzień minął wreszcie spokojniej, nie licząc paru tradycyjnych szkolnych incydentów. A teraz wycieczka do Warszawy.
Nie lubię wycieczek. Znaczy lubię, ale nie emocjonuję się nimi zbytnio. Jadę gdzies daleko z 40-50 ludźmi i tyle. Będzie trochę śmiechu, trochę nud, stania i czekania, tandetnych pamiątek i... sprawdzian z chemii w piątek.
Super.
A zatem...
Kierunek:Warszawa.
Cel: Przezyć.
Sposób:Siedzieć cicho i nie wkurzać się na zachowanie innych.
Realność sposobu: 1%.
Dobrej nocy.
Nie lubię wycieczek. Znaczy lubię, ale nie emocjonuję się nimi zbytnio. Jadę gdzies daleko z 40-50 ludźmi i tyle. Będzie trochę śmiechu, trochę nud, stania i czekania, tandetnych pamiątek i... sprawdzian z chemii w piątek.
Super.
A zatem...
Kierunek:Warszawa.
Cel: Przezyć.
Sposób:Siedzieć cicho i nie wkurzać się na zachowanie innych.
Realność sposobu: 1%.
Dobrej nocy.
niedziela, 6 marca 2011
Nie było mnie długo
Z powodu przygotowań do konkursu odciąłem się od bloga. Nie miałem czasu, z reszta i tak nikt tego nie czyta, więc po co się starać?
W ostatnich dniach, poza konkursem, który poszedł mi średnio, nic szczególnego się nie działo. Nadal ta sama zgnilizna.
A teraz idę spać. Wreszcie znowu będę myślał o wszystkim i o niczym. A jutro-do roboty.
Nie ma nic za darmo, teraz czas na odrobienie zaległości. Informatyka i angielski czekają. Ale czy to ważne? Nie.
I chciałbym tak zwolnić, ale nie da rady. Pędzę razem z wszystkimi.
Nie, ja nie jestem wszystkimi, ja nie muszę niczego udowadniać, nikogo przebijać.
Wobec tego chyba wysiadam na jakiś czas.
By patrzeć i uśmiechać się pod nosem, by czuć i udawać nieobecnego...
W ostatnich dniach, poza konkursem, który poszedł mi średnio, nic szczególnego się nie działo. Nadal ta sama zgnilizna.
A teraz idę spać. Wreszcie znowu będę myślał o wszystkim i o niczym. A jutro-do roboty.
Nie ma nic za darmo, teraz czas na odrobienie zaległości. Informatyka i angielski czekają. Ale czy to ważne? Nie.
I chciałbym tak zwolnić, ale nie da rady. Pędzę razem z wszystkimi.
Nie, ja nie jestem wszystkimi, ja nie muszę niczego udowadniać, nikogo przebijać.
Wobec tego chyba wysiadam na jakiś czas.
By patrzeć i uśmiechać się pod nosem, by czuć i udawać nieobecnego...
niedziela, 20 lutego 2011
Zgodnie z zapowiedzią ;)
Zgodnie z zapowiedzią, napiszę szerzej o weekendzie.
Sobota spędzona u Karoliny. Miło było, chodzenie tu i tam, dowcipy i docinki, rzucanie się sianem, może troszkę dziecinne, ale śmieszne (lepiej nie mówić, gdzie się nim rzucałem, ale poznaję przynajmniej kawał historii naszego regionu :D ). W końcu co, nie jestem jakimś (za przeproszeniem) pieprzonym światowcem i sztywniakiem, żeby się nie powygłupiać, tym bardziej gdy jest się wsród swoich. Młody wręczył Karolinie prezencik, ja pokonspirowałem troszkę z Aldoną, ale nieszczęśliwie musieliśmy się zmyć wcześnie. Potem siedzieliśmy u Młodego, jedliśmy, słuchaliśmy muzy i dalej gadaliśmy z Karoliną, przy czym przez telefon. Robili ze mnie ostatniego głupka, ale przyzywyczaiłem się, muszę się teraz tym żartownisiom odgryźć ;).
A dziś zamiana ról - Młody u mnie. Najpierw byłem jeszcze chwilkę u Cypisa, załatwić parę błahych spraw, potem poszedłem po Młodego i z powrotem do mnie. Trochę pograliśmy w bilarda, pośmialiśmy się, wymieniliśmy durnymi filmikami z Youtuba i rozeszliśmy się. On na tydzień swoich ferii, ja na dodatkowy wypoczynek.
Chociaż wypoczynek to tutaj przesadzone słowo. Czytanie książek do miłych nie nalezy, ale na konkurs z polaka-mimo wszystko wypada (chyba). Plus jest taki, że wyleci mi sprawdzian z informatyki.
I mam wenę, więc pewnie z niedzieli na poniedziałek jakaś zwrotka wypadnie mi z głowy na papier. Zauważyłem, że prawie pełnię mamy. Lubie pełnię, nie mam z nią żadnych wspomnień, ale jest dla mnie jakaś wyjątkowa. Niczym ciche miasto nocą. Takie drobiazgi sprawiają mi przyjemność, to chyba dobrze, szkoda ze większe sprawy przyprawiają mnie o ból głowy.
W moim przypadku nie ma takiego bólu, na który nie znalazłbym lekarstwa. Więc jest ok, jutro rano przy natłoku książek niepotrzebne smutki ulecą niczym balon na wietrze.
Sobota spędzona u Karoliny. Miło było, chodzenie tu i tam, dowcipy i docinki, rzucanie się sianem, może troszkę dziecinne, ale śmieszne (lepiej nie mówić, gdzie się nim rzucałem, ale poznaję przynajmniej kawał historii naszego regionu :D ). W końcu co, nie jestem jakimś (za przeproszeniem) pieprzonym światowcem i sztywniakiem, żeby się nie powygłupiać, tym bardziej gdy jest się wsród swoich. Młody wręczył Karolinie prezencik, ja pokonspirowałem troszkę z Aldoną, ale nieszczęśliwie musieliśmy się zmyć wcześnie. Potem siedzieliśmy u Młodego, jedliśmy, słuchaliśmy muzy i dalej gadaliśmy z Karoliną, przy czym przez telefon. Robili ze mnie ostatniego głupka, ale przyzywyczaiłem się, muszę się teraz tym żartownisiom odgryźć ;).
A dziś zamiana ról - Młody u mnie. Najpierw byłem jeszcze chwilkę u Cypisa, załatwić parę błahych spraw, potem poszedłem po Młodego i z powrotem do mnie. Trochę pograliśmy w bilarda, pośmialiśmy się, wymieniliśmy durnymi filmikami z Youtuba i rozeszliśmy się. On na tydzień swoich ferii, ja na dodatkowy wypoczynek.
Chociaż wypoczynek to tutaj przesadzone słowo. Czytanie książek do miłych nie nalezy, ale na konkurs z polaka-mimo wszystko wypada (chyba). Plus jest taki, że wyleci mi sprawdzian z informatyki.
I mam wenę, więc pewnie z niedzieli na poniedziałek jakaś zwrotka wypadnie mi z głowy na papier. Zauważyłem, że prawie pełnię mamy. Lubie pełnię, nie mam z nią żadnych wspomnień, ale jest dla mnie jakaś wyjątkowa. Niczym ciche miasto nocą. Takie drobiazgi sprawiają mi przyjemność, to chyba dobrze, szkoda ze większe sprawy przyprawiają mnie o ból głowy.
W moim przypadku nie ma takiego bólu, na który nie znalazłbym lekarstwa. Więc jest ok, jutro rano przy natłoku książek niepotrzebne smutki ulecą niczym balon na wietrze.
Króciutko
Witam w niedzielę, po raz pierwszy. Idę juz spać, następnego posta, czyli dokładny opis soboty i niedzieli, dodam za około 20 godzin ;)
Zostawiam piosenkę, która wpadła mi w ucho, coś tak czuję że długo z niego nie wypadnie.
Eminem, to wiele wyjaśnia.
"Difficult as it sounds..."
Zostawiam piosenkę, która wpadła mi w ucho, coś tak czuję że długo z niego nie wypadnie.
Eminem, to wiele wyjaśnia.
"Difficult as it sounds..."
sobota, 19 lutego 2011
Nauka ponad stan
Za dużo nauki. Za duzo. Sprawdziany, konkursy, kartkówki, zadania... Zaczyna mnie to powoli przerażać. Ja klasycznie chciałbym sobie zwolnic, a nie mogę. Trudno.
Z bardzo istotnych spraw tego tygodnia:
Arsenal wygrał z Barceloną, Lech z Bragą mimo fatalnej gry, nikt mnie specjalnie nie wkurzył oraz, dziś juz własciwie, idę do kolegi.
Typowy, szkolny tydzień.
I czemu ja w ferie byłem chory, a nie teraz???
Z bardzo istotnych spraw tego tygodnia:
Arsenal wygrał z Barceloną, Lech z Bragą mimo fatalnej gry, nikt mnie specjalnie nie wkurzył oraz, dziś juz własciwie, idę do kolegi.
Typowy, szkolny tydzień.
I czemu ja w ferie byłem chory, a nie teraz???
poniedziałek, 14 lutego 2011
Po poniedziałku.
Mimo że walentkynki-świetny dzień. Mimo małych kłopotów zdrowotnych w niedzielę dzisiaj dałem radę bronić. Mimo nienajlepszego początku ostatecznie zajęliśmy szóste miejsce. Mimo, że szóste wydaje się słabe, to ogranie klasy liceum było czyms świetnym w naszym wykonaniu. I mimo że jestem skromny, to ten wygrany mecz zagrałem kapitalnie. Poza jednyną bramka wyciągnąłem wszystko. Czyli nie jestem w tak złej formie jak myslałem... Ale życiowy mecz to był 4 lata temu i już się chyba nie powtórzy,mimo ze nie mam nic przeciwko temu : )
Co do reszty dnia... nudy do kwadratu. Poniedziałek nie jest dobrym dniem, chyba dla nikogo. Choc dziś walentynki, więc wiadomo, że wysyłane karteczki poprawiły co po niektórym humor. Ja nie wysyłałem, nie dostałem, więc jest OK jak najbardziej. Tak jak lubię, bez szumu i jakichs głupawek.
No a szkoła toczy się dalej. Jutro super nudny dzień z dwoma polakami na zakończenie. Zacytowałbym kolegę, ale nie chcę uzywać na blogu przekleństw, więc napiszę tylko, ze byłby z powodu polskiego bardzo nieszczęśliwy...
Co do reszty dnia... nudy do kwadratu. Poniedziałek nie jest dobrym dniem, chyba dla nikogo. Choc dziś walentynki, więc wiadomo, że wysyłane karteczki poprawiły co po niektórym humor. Ja nie wysyłałem, nie dostałem, więc jest OK jak najbardziej. Tak jak lubię, bez szumu i jakichs głupawek.
No a szkoła toczy się dalej. Jutro super nudny dzień z dwoma polakami na zakończenie. Zacytowałbym kolegę, ale nie chcę uzywać na blogu przekleństw, więc napiszę tylko, ze byłby z powodu polskiego bardzo nieszczęśliwy...
piątek, 11 lutego 2011
Nie wiem...
Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Teoretycznie świetny dzień za mną, wreszcie mam nowe słuchawki, pogadałem sobie z Marychą, byłem u kuzyna, i nagrałem się w cs'a za wsze czasy. Ale czuję się źle, trochę, jakbym był słaby, trochę, jakbym był przepity, trochę, jakbym był zdegustowany tym, co widzę wokół siebie. Może to dlatego, że znów zacząłem wspominać. Tylko, że teraz wspominam inaczej: nie, że było źle, tylko to, co mogło być lepsze, co było złe, co dobre. I z takiego normalnego już bilansu zawsze wychodzi mi, że skopałem. A kiedy nie skopałem, to nikt tego nie widział, nie patrzył. Z resztą, nie patrzą do dziś. Ja, z głową pod swoim daszkiem od czapki, widzę znajomych na ulicy, gadają z kimś, omijają mnie. Albo pędzą gdzieś, nie patrząc na bok, tak jak dziś. A każda rozmowa wokół mnie jest coraz bardziej pusta, każda kolejna. Tu rodzi się dziwna sytuacja, gdzyż mam już cholernie dość być zlewem dla czyichś emocji. Bo, paradoksalnie, chciałbym, żeby ze mną rozmawiano jak z każdym innym, czyli pusto, puściutko. Niestety, jestem kimś, z kim mozna pogadać szczerze, powiedzieć "Boli mnie to i to", potem podziękować za pomoc, zapewnić, że jest najlepszym kumplem, i pójść sobie do miejsca, w którym ja już nie będę w stanie dotknąć szczęścia tej osoby.Ale będę je widział i bedzie mnie to bolało. Może to i zazdrość, głęboka zazdrość z cudzego szczęścia? Może zwykła chęć otrzymania czgoś więcej niż słowo dziękuję? A może wcale nie chcę, by rozmawiano ze mną jak z każdym, i jest to przykrywka innego kłopotu?
Nie wiem, ale siedzi to głęboko.
I wspomnienia. Wspominam, moje wartosciowe wspomnienia zaczynają się od pewnej niedzieli nad Brdą, 11 lat temu, a kończą na pewnej wakacyjnej, sierpniowej nocy zeszłego roku. A co w międzyczasie? Najczęściej byłem tłem. Tłem, które chciało wyjść przed szereg i błyszczeć. Ale dało sobie spokój.
Potem zaczęło się pierwsze, dziecinne jeszcze rozmyslanie, które zrobiło mi dobrze. Trzymałem się dalej. W tak zwanym międzyczasie była krew. Dużo, dużo krwi. Znienawidzony widok, który powoli stał się normalnością, wręcz zwyczajną dla mnie rzeczą. Może własnie dlatego umiem spokojnie patrzeć na ohydne rzeczy... Mniejsza z tym, odbiegam do tematu. Pierwsze przeymślenia pomogły, ale na chwilę. Utonąłem w niezrozumiałym nawet dla mnie nałogu. Piwo stało się czymś fajnym, czymś co sprawiało, że byłem normalny. A fajki? Mało dymu, mało szkody. Szlajanie się? Nic niezwykłego, integracja z rówieśnikami. Po roku zrozumiałem, co gadałem,i co robiłem. Przestałem. I słusznie. Ale pojawiła się pustka, która trwa do dziś. Brakuje mi po prawdzie i jakiejś osoby, i jakiegoś zajęcia, choć bardziej tego pierwszego. Drugim może być rap, to on, powoli, dźwiga mnie w górę, wypełnia pustkę. I mimo to zdarzają się dni takie, jak ten, który już za mną.
Tłumaczę sobie, że to normalne, wielu tak ma. Ale gdy patrzę wstecz rozumiem, że nie-zbyt wielu tak jednak nie miało.
Czasem jest jak u Eminema w piosence: "Too late for the other side, caught in a chase, twenty five to life..."
A czasem jak u mnie: Tak miło i lekko, wsród całego piękna, które nagle ucieka, gdy skupiam się na wczorajszej burzy.
Patrząc na te słowa, chcę, by było jakoś inaczej.
Teoretycznie świetny dzień za mną, wreszcie mam nowe słuchawki, pogadałem sobie z Marychą, byłem u kuzyna, i nagrałem się w cs'a za wsze czasy. Ale czuję się źle, trochę, jakbym był słaby, trochę, jakbym był przepity, trochę, jakbym był zdegustowany tym, co widzę wokół siebie. Może to dlatego, że znów zacząłem wspominać. Tylko, że teraz wspominam inaczej: nie, że było źle, tylko to, co mogło być lepsze, co było złe, co dobre. I z takiego normalnego już bilansu zawsze wychodzi mi, że skopałem. A kiedy nie skopałem, to nikt tego nie widział, nie patrzył. Z resztą, nie patrzą do dziś. Ja, z głową pod swoim daszkiem od czapki, widzę znajomych na ulicy, gadają z kimś, omijają mnie. Albo pędzą gdzieś, nie patrząc na bok, tak jak dziś. A każda rozmowa wokół mnie jest coraz bardziej pusta, każda kolejna. Tu rodzi się dziwna sytuacja, gdzyż mam już cholernie dość być zlewem dla czyichś emocji. Bo, paradoksalnie, chciałbym, żeby ze mną rozmawiano jak z każdym innym, czyli pusto, puściutko. Niestety, jestem kimś, z kim mozna pogadać szczerze, powiedzieć "Boli mnie to i to", potem podziękować za pomoc, zapewnić, że jest najlepszym kumplem, i pójść sobie do miejsca, w którym ja już nie będę w stanie dotknąć szczęścia tej osoby.Ale będę je widział i bedzie mnie to bolało. Może to i zazdrość, głęboka zazdrość z cudzego szczęścia? Może zwykła chęć otrzymania czgoś więcej niż słowo dziękuję? A może wcale nie chcę, by rozmawiano ze mną jak z każdym, i jest to przykrywka innego kłopotu?
Nie wiem, ale siedzi to głęboko.
I wspomnienia. Wspominam, moje wartosciowe wspomnienia zaczynają się od pewnej niedzieli nad Brdą, 11 lat temu, a kończą na pewnej wakacyjnej, sierpniowej nocy zeszłego roku. A co w międzyczasie? Najczęściej byłem tłem. Tłem, które chciało wyjść przed szereg i błyszczeć. Ale dało sobie spokój.
Potem zaczęło się pierwsze, dziecinne jeszcze rozmyslanie, które zrobiło mi dobrze. Trzymałem się dalej. W tak zwanym międzyczasie była krew. Dużo, dużo krwi. Znienawidzony widok, który powoli stał się normalnością, wręcz zwyczajną dla mnie rzeczą. Może własnie dlatego umiem spokojnie patrzeć na ohydne rzeczy... Mniejsza z tym, odbiegam do tematu. Pierwsze przeymślenia pomogły, ale na chwilę. Utonąłem w niezrozumiałym nawet dla mnie nałogu. Piwo stało się czymś fajnym, czymś co sprawiało, że byłem normalny. A fajki? Mało dymu, mało szkody. Szlajanie się? Nic niezwykłego, integracja z rówieśnikami. Po roku zrozumiałem, co gadałem,i co robiłem. Przestałem. I słusznie. Ale pojawiła się pustka, która trwa do dziś. Brakuje mi po prawdzie i jakiejś osoby, i jakiegoś zajęcia, choć bardziej tego pierwszego. Drugim może być rap, to on, powoli, dźwiga mnie w górę, wypełnia pustkę. I mimo to zdarzają się dni takie, jak ten, który już za mną.
Tłumaczę sobie, że to normalne, wielu tak ma. Ale gdy patrzę wstecz rozumiem, że nie-zbyt wielu tak jednak nie miało.
Czasem jest jak u Eminema w piosence: "Too late for the other side, caught in a chase, twenty five to life..."
A czasem jak u mnie: Tak miło i lekko, wsród całego piękna, które nagle ucieka, gdy skupiam się na wczorajszej burzy.
Patrząc na te słowa, chcę, by było jakoś inaczej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)