Chyba moja ulubiona pora na pisanie notek na tym blogu.
Ostatnio w ogóle mój zegar biologiczny został kompletnie przeprogramowany. Sam śmieję się do siebie, że wkrótce zacznę prowadzić nocny tryb życia, a spać będę za dnia. Taki nietoperz. Mroczny Rycerz, nawet, powstaje.
O 12:00, kiedy dzwoni budzik...
Czemu w zasadzie wracam na bloga? Nie wiem. Poczułem chęć napisania notki. I to chyba na tyle jeśli chodzi o wyjaśnianie dlaczego. Wszak zawsze, historycznie i życiowo, ważniejsze od powodów są skutki...
Dorosłość, o której wspomniałem pół roku temu z hakiem, w ostatnim poście, uderza coraz mocniej, ale... Nie ma co się oszukiwać, póki co babram się w piachu dorosłego życia. Matura? Czym jest matura... mały etapik, nawet nie element przystosowania do wymagań przyszłości, przynajmniej nie dla mnie. Albo jestem zbyt zdolny, albo zbyt przystosowany, albo zbyt pewny siebie. Czytelniku - wybieraj, może po tylu postach wiesz już coś więcej o tym kimś po drugiej stronie monitora?
Znalazłem stabilność w swoim życiu, emocje zdają się nie pulsować jak dawniej, przynajmniej te toksyczne, złe, jakby... wyparowały do atmosfery. Wartością stałą jest dla mnie teraz miłość, która zdaje się wzbudzać we mnie silnie realne myślenie o wspólnej przyszłości z tą denerwującą, równą mi wzrostowi istotą płci przeciwnej. No ale jak tu nie kochać, jak tu nie kochać tego mieniącego się na całym ciele szczęścia, błysku w oku i długich, niemal kasztanowych włosów? Co ciekawe, zapuściłem nawet brodę, już na stałe (nie wiem, może dawniej wspominałem o tym mało istotnym fakcie) i wyglądam inaczej, jakby piaskownica była już placem życiowej budowy jakiegoś, bo ja wiem, 22-23 latka... Ale zawsze wyglądało mi się starzej niż wskazuje na to metryczka, z czego generalnie bardzo jestem rad, haha. Jakiekolwiek zaś myśli o drastycznym cięciu namiętnie torpeduje moja kochana, denerwująca istota, zarzekając się, że w innym wypadku pozbawi się swych długich, lśniących włosów. Wobec takiego perfidnego szantażu oczywiście broda pozostaje wiecznie żywa na mej twarzy. Niczym towarzysz Lenin, normalnie. A panna rzecz jasna z siebie dumna.
No i kurde, jak tu jej nie kochać, no jak?
Nie umiem określić jak ważne wydarzenia nastąpią teraz w moim życiu. Studia nie wydają się dla mnie tak wielką sprawą, wszak jestem wysadzony z jakichkolwiek norm, więc jeśli dla normalnego słuchacza wykłady są męka, dla mnie będą one syzyfowym toczeniem głazu, które to zakończy się siedzeniem za biurkiem w towarzystwie stert papierów. Perspektywa mi niemiła, ale chyba konieczna. W takich chwilach myślę, żeby jednak pisać więcej wierszy. Wena się znajdzie, kiedy poziom lenistwa zostanie poważnie zagrożony, o to się nie martwię...
Co ważnego więc przede mną? Lato. Pożegnania, spotkania, wspominania... Postaram się wyciągnąć coś cennego z tych dni. Co dokładnie? Tego nie wiem... Pozwalam życiu siebie zaskoczyć. Ciężkie zadanie, ale z pewnością wykonalne.
Czytam sobie tak teraz to, co już zdołałem napisać i... Zastanawiam się czemu przez cały ten post bije taki spokój. Jakby cynizm. Aż tak się zmieniłem? Może wreszcie się poskładałem, ale spokojna część przejęła za dużą kontrolę? Nie, to nie tak... Spokojnie.
Nadal dostrzegam esencję życia człowieka w emocjach, które trzeba doświadczać podczas nakreślonej drogi. Tak jak wielu filozofów mawiało, że albo jako ludzie powinniśmy skupić się na doznaniach chwili, albo zimno dążyć do przyszłych celów, tak ja widzę potęgę emocji w kreowaniu stałych, niezmiennych. Człowiek wyprany z emocji, takich jak empatia, współczucie, ale także duma, poczucia własnej siły, uniesienia duszy, nie staje się wcale nieludzki, ale gubi sens swojego ludzkiego bytu. Nie jest nim podążanie jak po sznurku do wyznaczonego celu. Sznurki nie istnieją. Sztuką życia jest adaptacja do zastanych rzeczywistości. Dobieranie znanych emocji do nieznanych kontekstów. Stawanie przed sytuacjami trudnymi, niespodziewanymi, krytycznymi. To jest sens życia - pokonywanie trudności. Doświadczanie. Stopniowa marginalizacja błędu dla uzyskiwania coraz to doskonalszego siebie. Przelewanie swoich zdobyczy na nowe pokolenia. Wdrożenie w życie i nauczenie elementarza świata swoich dzieci, wnuków. Zamykanie oczu z poczuciem spełnienia - wobec siebie, bliskich, własnych wartości.
To jest właśnie zwycięstwo.
Spełnienie sensu życia.
Zrozumienie sztuki, zagranie w niej głównej roli, wysłuchanie oklasków.
Faktem jest, że nie ma zwycięstwa bez emocji. Bez uniesień. Mówię tutaj o rodzaju emocji pozytywnej, bo emocja negatywna towarzyszy każdemu, jednak ją mogę wrzucić do kosza moich rozważań. Źródeł pozytywnej emocji jest tyle, ilu jest ludzi. Wiesz, co dla mnie jest emocją?
Jej pocałunek.
A wiesz co jeszcze?
Piękny zachód słońca.
Parę minut chwytającej ze serce muzyki.
Oberwanie chmury podczas gry w piłkę.
Oglądanie strzału prosto w okienko drżącej bramki.
Buzzer beater i game winner.
Uśmiech Jej, Jego, Twój, Wasz.
Sprytna docinka przyjaciela od siedmiu boleści.
Przejażdżka rowerem po okolicznych wzniesieniach.
Poranna rosa i wieczorna mgła.
Emocje.
Moje. I tylko moje sposoby na życie.
Unikalne, dające siłę, skłaniające do refleksji.
Tworzące moją drogę ku szczęściu, które ma jedną definicję w jednym świecie.
Warto czuć emocje w małych rzeczach.
Warto nadawać im znaczenie.
Warto je dzielić.
Warto je czuć.
Naprawdę
Warto...
Dobranoc,
Miłego dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz