czwartek, 20 czerwca 2013

Czy czas czekać?

Za mną znowu mała przerwa w pisaniu, podyktowana najpierw brakiem czasu a potem brakiem chęci i weny do tworzenia czegokolwiek... Ale jestem, i piszę. Będzie tym razem tak nietypowo, znaczy się... typowo dla mnie, bo:
- jasne, jakoś przetrwałem wycieczkę na Mazury i Wilno mimo moich obaw
- jasne, Wilno jest całkiem fajne
- jasne, w szkole sporo się jednak działo i fajną średnią mam teraz na koniec dzięki poprawom/dodatkowym zaliczeniom
- jasne, spotkałem ostatnio wielu fajnych ludzi, którzy chcę dzielić się ze mną swoimi troskami, problemami
I to wszystko jest jasne, i serio - nie czuję dziś chęci, by pisać więcej. Jak ktoś chce - niech pyta, ja nie biję, nie gryzę, odpowiem... ;)
Ale cóż, do rzeczy, choć oczy mi się już kleją...
Mam wątpliwości. Wielkie wątpliwości, czy nie porzucić miłosnych nadziei. Na jakiś czas, na jakiś moment nie dostrzegać we wszystkim co wokół mnie pierwiastka miłości. To on dotknął całego mnie, to on kierował moim życiem, a teraz... Może czas zdać się na los, na przeznaczenie? Może już czas zaniechać gonitwy za tym co utracone? Biję się z myślami, gdyż często utwierdzam się w przekonaniu, że mnie nie da się kochać, by potem z pierwszym lepszym dobrym dniem śpiewać pod nosem "Mogę wszystko".
Taki już jestem. I chyba naprawdę potrzebuję wyciszenia, zwolnienia, albo... miłosnego cudu.
Zobaczymy, co pokaże życie...
Rozpisałbym się bardziej, ale zasypiam - zostawię sobie krainę snów na takie przemyślenia. A resztę tutaj dopisze jeszcze później.
No nic... późno już ;)

Dobrej Nocy!

wtorek, 4 czerwca 2013

Na 105%

Tak właśnie wyglądają moje dni...
Spędzam je eksploatując się na maksa, do granic...
Pomagam ludziom, znowu, znowu pomagam zagubionym... Chciałbym pomóc każdemu. Ale nie da się, każdy ma jednego Anioła i ja mogę być Aniołem tylko dla jednej osoby, dla reszty chcę być oparciem, ucieczką... Nowym startem, światłem...
Chcę pomóc, chcę nieść nadzieję i wiarę. Nie dam rady pomóc każdemu, ale próbuję - na ile mogę - próbuję.
A dla kogo będę Aniołem? Nie wiem, w mojej głowie pojawił się mętlik... Paskudny mętlik, paskudny... Oby szybko się zakończył, i to zakończył się pomyślnie. Nie lubię ranić, nie chcę ranić... Nie chciałbym zranić... Nikogo, nigdy... I proszę Boga, bym nie zranił i tym razem.
Poza filozoficznymi rozmyślaniami - trochę pracuję w ostatnich dniach, co męczy mnie ale i cieszy - poprawa siły, kondycji... to mi się podoba. Żeby tak jeszcze przestało boleć to serce...
Ale w sumie, z piłką pod pachą, marzeniami w głowie i sercem otwartym na miłość... Będzie dobrze. Oby było dobrze dla mnie i dla wszystkich, na których mi zależy.

Dziś był zły dzień.
Zły moment, w zasadzie
Wyszło jedno z Wcieleń, ale... szybko zostało zagonione przez radość, nadzieję tam, gdzie jego miejsce - w dół, w piekło... Oby tam zostało...
Krótka notka, wiem...
Ale jest już dobrze :)
Ale i późno.
Ale czas już spać...

Dobranoc.

sobota, 1 czerwca 2013

Nic dwa razy się nie zdarza... ?

Po pierwszej w nocy...
Idealna pora na krótkiego posta ^^

Wczorajszy już dzień spędziłem na siedzeniu przy komputerze mieszanym z małymi ogrodowymi robótkami oraz wyjazdem na piłkę, śledziłem sobie burze na radarze pogodowym (swoją drogą, bardzo ciekawa sprawa, chyba zawitam sobie na stronę Łowców Burz...), pisałem z pewnymi osobami, a teraz dodaję notkę na bloga i piję Pepsi, by nie zasnąć...
Przedwczoraj, a w zasadzie także i oczywiście wczoraj byłem na osiemnastce Witasa. No, było fajnie. Ogarnąłem się normalnie, po ludzku z wszystkim i to się liczy. Impreza godna, nie powiem, szkoda tylko tej półgodzinnej nawałnicy ale w sumie poza małym przerywnikiem niczego ona nie zepsuła. Wszyscy chyba wrócili do domów w dobrych nastrojach...
No ale, nie o tym wszystkim ja tu miałem pisać...
Czy coś zdarza się dwa razy? Nie wiem, trudno powiedzieć, choć niby nigdy nic nie powtarza się dokładnie tak samo... Ale z drugiej strony "nigdy nie mów nigdy"...
Ktoś szybko wnika w mój umysł. Niczym jakiś szpieg, niby z cienia, niby z zaskoczenia - wkracza, wślizguje się. Pozwalam temu szpiegowi działać. Niech znajdzie jak najwięcej informacji, niech poskłada je w całość, logiczną całość i niech zachowa je tylko dla siebie...
Tak, tego właśnie chcę... Dziwne to, ale ponoć nic dwa razy się nie zdarza...
Ale chyba jednak to tylko mit, choć z drugiej strony nie próbowałem się jeszcze uszczypnąć...
Ałć!!!
To jednak nie mit. To już nie to samo.
To nowa historia.
Piękna?
Piękna... Mam nadzieję... Piękna historia...

Dobranoc

wtorek, 28 maja 2013

Drogowskaz zamontuję od zaraz

Witam ponownie.
Póki co trzymam się poziomu jednego posta na ok. 24 godziny od czasu wznowienia mojej blogowej działalności - całkiem całkiem. Motywuje mnie do tego chyba głównie Ola (tak, z tego miejsca Cię serdecznie pozdrawiam :) ) oraz chęć pozostawienia innym czegoś po sobie, o sobie...
Niech czytają, niech mają, niech patrzą. Wierzę, że może ktoś kiedyś wyciągnie stąd jakieś ważne informacje, że może ktoś lepiej mnie dzięki temu zapamięta... A stare posty? Niech zostaną, byłem jaki byłem, może warto na to spojrzeć teraz jeszcze raz, innym okiem?

Poniedziałek...
Jak to poniedziałek, podły dzień. Dziś w dodatku deszczowy. Szkołę może już tradycyjnie z grubsza pominę, choć podczas biegu na 1000 metrów o mało nie wyplułem płuc, ale... Nieistotny to raczej epizod. Po obiedzie pojechałem pograć w piłkę na Orlika, latanie dwie godziny za piłką w deszczu zawsze spoko. A całkiem serio mówiąc - chciałem sobie za nią dziś pobiegać, nawet mimo deszczu. Jestem w dobrej formie fizycznej (nie mylić z tym biegiem na tysiąc... ), czuję to i chcę to wykorzystać.
A że dziś padał deszcz, wręcz lało? To nic, taki już zawód piłkarza, mimo że ja jestem tylko amatorem...

Dzisiejszy dzień zapisałby się pewnie szaro i zwyczajnie dla mnie, gdyby nie...
No właśnie, nie wiem nawet jak to nazwać...
Czuję, że dopuszczam do siebie znów nadmiar optymizmu. O co mi chodzi? Widzę gdzieś znów symbole, chęci, widzę je w miejscach, w których dla innych jest rutyna i zwyczajność... Ba, nawet miałem wrażenie dziś, że "zobaczyłem" ducha, lustrzane odbicie panny P. ...
Wrażenie? Pewnie tak, ale... co jeśli... to... prawda...?
Muszę się przekonać, bo będzie mnie to gryzło, strasznie wręcz gryzło przez najbliższe dni. Muszę zduszać te wrażenie w zarodkach, tonować swój optymizm który kierował mnie wiecznie na mielizny smutku. Realizm pokropiony optymizmem - tego chcę się trzymać, mam nadzieję że tego będę się trzymał... Na optymizm czas może przyjść, kiedy już wszystko będzie dobrze. Teraz to jestem gdzieś między chorobą a zdrowiem, w punkcie w którym jednym fałszywym ruchem możesz cofnąć się do problemów, położyć się do łóżka i znów podlewać poduszkę...

A po co mi ten tytułowy drogowskaz? No bo chciałbym wiedzieć, za co mam się w swoim życiu zabrać... Na kogo mam spojrzeć tym łaskawszym okiem... Nie wiem tego, czuję się jak na loterii, jak jedna kulka z bębna - chciałbym wyjść poza ten obszar, poznać to z nowej perspektywy, spojrzeć na ten bęben od zewnątrz i zauważyć różnice, wyjścia... No nie wiem, nie wiem...

Mój umysł nie wytrzymuje już tych wszystkich przemyśleń. Jest za późno...
Czy wtorek przyniesie odpowiedzi, czy pytania?
Sam jestem tego ciekaw, bardzo ciekaw...
Wtorku - rozwiąż te wątpliwości.
Choćby jedną...
Choć jedną z nich...


Idę spać. Mam dość. Siadam emocjonalnie i fizycznie.
Łóżko, poduszka...
Nareszcie...

Dobranoc!

niedziela, 26 maja 2013

Codebreaker...

Poniedziałek nadchodzi...
Damn it...

Czuję w powietrzu nadchodzące lato. Szkoda, że to jeszcze nie lato, a durne, ostatnie tygodnie w szkole. Wolałbym jednak już się polenić, odpocząć... Zrealizować swoje plany. A tak czekam.

Czekanie jest beznadziejne. Kiedy jestem zmuszony na coś czekać po prostu wariuję - wychodzi moja niecierpliwość, chęć naprawienia i zrobienia wszystkiego naraz. A jutro, na ten przykład, chętnie wziąłbym kartkę, długopis i pojechał w siną dal, na moje wzgórza, usiadł w kierunku zachodzącego słońca... i zapisywał zapach, widok, uczucia... Gonią mnie jednak inne rzeczy - ludzie, obowiązki...
Ludzi zostawić nie mogę. Choć znów czuję, że piekielnie wnikam w internet - może nie chcę stamtąd wychodzić? Może widzę tam znów furtkę dla siebie? Nie wiem co widzę w internecie, ale wiem, wiem, co widzę w ludziach - moją nadzieję, energię, po większości też radość...

Ale w sumie... Chrzanić to, chodźmy na spacer - powiem to każdemu, z kim mogę na niego pójść jutro, pojutrze - jak najszybciej. A jak nie mogę? 
Ja mogę. 
Niewielu zna moje możliwości, kiedy coś sobie założę...

Cała reszta, dzisiejszy dzień:
Sen, śniadanie, kościół, lenistwo, obiad, lenistwo, gg, wizyta u babci, lenistwo, gg, lenistwo, blog i... wiersz, chyba. Dziś jest dobry dzień na wiersz, czuję to.
A potem spać, lekcje odpiszę w szkole, czy coś...

Dziwny mam dziś humor. Coś bym zrobił, dużo we mnie energii, ale z drugiej strony gdzieś z tyłu głowy czuję beznadzieję. Gdzieś z przodu głowy czuję miłość, ale z tyłu tkwią bezsens, codzienność i prawda...

Chciałbym spojrzeć na rzeczywistość krwawym wzrokiem, odmierzyć kilka kroków, z obłąkaniem przełknąć lecącą przez zęby ślinę, zacząć bieg i wymierzyć tej rzeczywistości kopniak prosto w czaszkę, tak by pękły znów blokady, bym znów wypłynął na wierzch tylko ten najlepszy ja... Ale się nie da, nie da się. Nadal kroczę zbyt chwiejnie, nadal brakuje mocy, powodu... Drugiego serca... Pewności...
Kiepsko, czyli jak zawsze. Ale sukcesem w mojej sytuacji jest odzyskanie rzeczywistości, oprzytomnienie po tym wszystkim, po tej romantyczności, po tej iście werterowskiej zapaści...
Znów słucham rapu, znów układam wszystko w logiczne ciągi, znów obudziłem się zły i głodny czegoś lepszego, czegoś pięknego... Głodny połączenia w jedność z tej rozsypki, z tych trzech części... 
Znów gotów by ignorować schematy.
By zrywać kłódki z serc...

By łamać kody...

Czekający tylko na wlanie miłosnego eliksiru i wciśnięcie magicznego przycisku "START"...

Dobrej Nocy


Witam wśród żywych.

By napisać co było kiedy mnie nie było musiałbym chyba zapisać tutaj kilkaset jak nie więcej linijek tekstu...
Wracam. Czemu wracam? Dobre pytanie... Może dlatego, że zobaczyłem adres mojego bloga w pasku zakładek na ulubionych? Może dlatego że wszedłem i sobie poczytałem? Może dlatego że ktoś tu wchodził, sprawdzał, czytał... A tu cisza? Głupio tak zostawić bloga bez słowa.
A ja nie zostawiam, po bitych 7 miesiącach ciszy... I am back...
No dobra, jednak wypadałoby coś tu napisać, co się działo, choć po krótce.
Było źle. Bardzo źle. Straciłem to co najcenniejsze - moją miłość. Moje wszystko... 
Trudno było i nadal jest się poskładać do kupy, nie zliczę fatalnych dni, wieczorów, nocy i poranków, lecz  szły one w dziesiątkach, jeden po drugim, bezlitośnie grzebiąc mnie w morzu bezradności... 
Ale pozbierałem się. Jakoś, jakoś się udało.
Nie jest dobrze. Nie jest, i długo być może jeszcze nie będzie.
Ale jest normalnie, czyli tak jak było przez większość mojego życia - może bez tego, czego pragnę - ale z nadzieją. Nadzieją, której nie zgniecie nawet największy kamień...
Zawsze wstaję. Choćby po najgorszym gongu. Bo wiem, że są ludzie, którzy za mną skoczyliby w ogień... Ludzie, od których nie raz usłyszałem już "Dzięki, że jesteś...". I choć takie piękne słowa miłości mi nie zastąpią, to dają tą energię, by nie zostawać w miejscu, a walczyć: walczyć o siebie, o innych, o swoją osobowość, o swoją wyjątkowość... I walczę, i wierzę że kiedyś znów odnajdę to, czego tak bardzo pragnę, czego tak bardzo potrzebuję... 
Po wielkiej, twórczej pustce - odnalazłem zagubionego razem z moim smutkiem przyjaciela - wenę. Dojrzała ona jednak razem ze mną, bo wiąże się ona też z nadzieją, a nie z jej brakiem. Wróciła silniejsza, lepsza... Taka jak ja. 
Straciłem już ostatnie złudzenia odnośnie tego, że świat jest zawsze kolorowy. Nie, są momenty ciemne, dłuższe lub krótsze... Ale to wszystko czegoś uczy, wskazuje jakąś drogę... Widać poprzedni jej etap nie był jej końcem w moim wypadku, nie był jej szczęśliwym zakończeniem. Moje serce gdzieś w głębi nadal wierzy, że może jednak, może kiedyś to powróci... I nie przestanie wierzyć. Tak jak dziś śnię i myślę o niej - tak będę śnił i myślał. To dla mnie tak naturalne, jak życie i śmierć, nie rzucałem słów o swej miłości na wiatr, ale... Nastał koniec. I ja już niczego z tym nie zrobię, jedynie, w głębi serca z nadzieją - czekam
A poza tym...
Trzeba spróbować wstać. Wstać samemu. I pomóc wstać komuś, kto powie, że daje wszystko i chce wziąć wszystko z mojego serca. Że weźmie moje zalety, wady, moje piękno, brzydotę... Na kogoś takiego czekam, kogoś takiego całym swym sercem znowu szukam...
Tyle. Bo o czym innym miałbym pisać? W szkole jest do kitu, moja klasa jest jakimś nieporozumieniem, ale w gruncie rzeczy kiedy kupię sobie wreszcie nowe słuchawki nawet przestanie mnie to obchodzić. Martwię się tylko o wycieczkę na Litwę - nie wiem jak przeżyję z bandą ludzi wyprodukowanych w butelce alkoholu, solarium, Pudelku i kłamstwie. Chyba nie przeżyję.
W poniedziałek idę po te słuchawki.

Pozytyw tej wiosny jest zaś taki, że odzyskałem wenę, poznałem kilka fajnych osób oraz czuję się świetnie fizycznie, najlepiej chyba od trzech lat. Czuję moc, czuję energię. Widać to, kiedy gram w piłkę, kiedy bronię... Naładowałem jakoś wewnętrzne akumulatory po tej strasznie długiej zimie i myślę, że daje mi to także siłę i energię do działania, do zmian w swoim życiu :)

Kolejna sprawa - zostanę tatusiem.
Chrzestnym, żeby nie było ;>
Moja kochana kuzynka jest w ciąży... Aż sam w to nie wierzę, że osoba którą jeszcze niedawno trzymałem ostatkiem sił nad przepaścią życia w momencie, kiedy dodatkowo sam nad nią zwisałem, aż tak szybko osiągnie szczęście :) Może to i droga dla mnie? Zobaczymy, w każdym razie... Wszystkiego Najlepszego! :)

Wakacje... Nie mam planów. Znaczy się, mam.
Pojechać rowerem gdzie się da. Odwiedzić każdą ważną osobę dla mnie z przeszłości. Pogadać, pośmiać się, zrozumieć może coś więcej... Żyć. Taki jest plan. Realizacja? 
Zazwyczaj moje plany są do dupy, ale o ten jestem jakoś dziwnie spokojny...

Dodaję dziś tą notkę... A następna kiedy? Nie wiem, zależy to od mojej weny, od tego jak to będzie z wierszami, z rap-projektem nad którym może zacznę pracę, z wizytami na Orliku, z pogodą, z wszystkim... Zobaczymy, jednak chyba następna przerwa nie potrwa aż 7 miesięcy ;)

Na końcu podziękowania:
Dla Marychy - że zawsze kiedy jestem wrakiem - Ty masz młotek, gwoździe i potrafisz poskładać mnie do kupy...
Dla Kini - za to, że pokazałaś mi, że smutek to etap, że nie jest to coś, od czego zawsze trzeba uciekać, tylko trzeba przyjąć go z wiarą w lepsze dni :)
Dla Arasa - za to, że mogłem zapomnieć o smutku przebywając w Twoim towarzystwie, cofając się jak zawsze o kilka lat wstecz...
Dla Wioletki - za to, że nie mogłem Ciebie zostawić, że musiałem być, moja Ty Kuzynko :)
Dla Nessa - za to, że miałeś gorzej, dałeś radę i dałeś mi kopa do tego, bym podniósł się z kolan ;)
Dla Ewci... Bo będzie Ci miło :D A tak serio - za to, że trzymasz mnie w pionie kiedy tylko próbuję się odchylić. A poza tym - za bycie sobą, po prostu sobą :>
Oraz dla wszystkich innych, którzy służyli mi dobrą radą w tym ciężkim dla mnie czasie, którzy nie dali mi zatonąć w morzu wątpliwości...
Dziękuję...

Tak...
Powróciły trzy wcielenia, tylko pytanie...
Kto złoży je w całość? 
Szukam, czekam... 
I najważniejsze...

Żyję.

~Non omnis moriar... ~

Dobrej Nocy 


poniedziałek, 22 października 2012

Klasyczny październikowy ja

Czyli:
1) Zapracowany ja
2) Zmęczony ja
3) Imprezowy ja
4) Refleksyjny ja

Teraz może tak po kolei:
1) Jestem strasznie zarobiony w ostatnich dniach. Ciągle muszę gdzieś zasuwać, tu, tam, siam... Dobrze jedynie, że w szkole są poważne luzy - wszystko co można jest przykładane na kiedy tylko można. Jakby ta 2 klasa była łatwiejsza niż pierwsza. Przynajmniej póki co.
A to całe zarobienie polega na pracy w ogrodzie, opracowywaniu strategii wojennych w grze internetowej, odrabianiu zadań domowych (tak, dziwak ze mnie - zacząłem je odrabiać...), a teraz dojdzie jeszcze liga halówki. Będzie mało, bardzo mało czasu... Ale to się da ;]

2) Zmęczony, bardzo zmęczony. Do tego stopnia, że kiedy ostatniej nocy pisałem tego posta - usnąłem. Bywa i tak... Zapisałem część i w kimę. Ale było po czym.
Ostatnio regularnie zarywam nocki do 2, ostatnio zdarzyło się nawet do 5.
W wakacje to norma, ale w roku szkolnym... szaleję, szaleję...
Teraz będzie wolne to i odpoczynku trochę, dłuższe noce, i krótsze, bo przespane rano, dni.

3) Impreza goni imprezę i imprezą pogania...
Październik to dla mnie zawsze taki imprezowy czas: strasznie dużo znajomych i członków rodziny ma urodzinki, a w tym roku była też jedna niespodziewana imprezka. Wszystko to działo się w ten weekend. W nocy z piątku na sobotę byłem u Witasa, na mini-domówce we czworo (potem, bardzo szybko - we troje), z układaniem puzzli i przeróżną filozofią o ciskach, króciutki sen i od rana jechałem na imprezę urodzinową Marka, gdzie panowała piłka nożna pod różnymi postaciami. A to nie koniec atrakcji, w przyszłą sobotę wyprawiam imprezę urodzinową dla znajomych.
Ta rodzinna już miała miejsce; ogólnie, udane urodziny muszę powiedzieć, fajna atmosfera była... Tylko wieczór troszkę zmienił obraz całości, ale generalnie było ok.

4) Refleksje jesienne...
Najlepszy sposób na taką ohydną jak dziś (mgła przez calutki dzień) pogodę.
Tak patrzę na rok, datę... jaki ja już stary jestem... Dzieciństwo, ten piękny czas - odchodzi, pozostał tylko rok na spróbowanie kolejnych zakazanych owoców z wysokich drzew wyzwań...
Wiele pięknego przede mną, ale beztroska - to, co wszyscy chyba cenią sobie najbardziej w młodzieńczych latach - odchodzi w niepamięć.
Cieszę się jednak, że będę umiał się przestawić, że jestem dość odpowiedzialny (chyba mogę tak o sobie powiedzieć) i ten etap dorosłości, choć niechętnie przeze mnie przyjęty, chyba mnie nie przerośnie.
A szczerze mówiąc nie wiem, jak część ludzi których widzę na co dzień poradzi sobie, kiedy przestaną się liczyć zgrywy i wygłupy...
Jest jeszcze wiele, wiele innych refleksji, ale szczerze mówiąc - nimi chciałbym się z kimś podzielić osobiście, pisząc lub rozmawiając. Jakoś ostatnio brakuje mi filozoficznych rozpraw w cztery oczy lub w dwa monitory...

To wszystko wina jesieni, na bank...

Dobrej Nocy .

niedziela, 7 października 2012

Deszczowy czas

Ajć, zapomniałem w zeszły weekend o blogu... Było dużo ciekawszych i pilniejszych rzeczy do zrobienia, stąd to uchybienie. No ale, teraz jestem.
Poprzednio pisałem, że jestem chory. Przeszło, ale nowa choroba zaatakowała już w zeszły weekend. Skutecznie dodam - do dziś jeszcze lekko odczuwam kaszel. W szkole pełno przekładania wszystkiego, kartkówka z matmy za telefon dzwoniący na lekcji, jakaś tam praca w grupach, w zeszłym tygodniu jakieś kartkówki... Nudy, jak zawsze nudy.
Pogoda była całkiem znośna, ale przez te wszystkie choroby nie było mnie za dużo na dworzu (kilka meczyków z kumplami mi uleciało, zresztą poniedziałek przeleżałem w łóżku), natomiast dziś lało caluteńki dzień, od rana do wieczora. Paskudna sobota...
Na ogrodzie za to mamy ptasie zloty, przylatuje wszystko, a najciekawszym okazem był dziś bażant.
 Oczywiście oglądałem sporo meczów w TV, odniosę się tylko krótko do jednego: szkoda wielka BvB, Citizens byli jak najbardziej do ogrania, 1:1 nie jest sprawiedliwym wynikiem. Ale Hart był jak ściana... Sytuacja w LM wydaje się jednak nadal być dla Borussi dobra.
Mówiąc szczerze, nie mam tu za wiele do wpisania... Może jeszcze to, że pojawił się poważny zgrzyt, ale już wszystko jest dobrze między mną i moją ukochaną. I mam nadzieję że dobrze będzie dalej.
Jutro Gran Derbi, potem poniedziałek, za oknem coraz gorzej, a wielkimi krokami zbliżają się moje urodziny...
No cóż, co ma być to będzie ;)
Dobrej Nocy

niedziela, 23 września 2012

Powiew jesieni

Jesień, moi mili.
Już jestem chory, już mam dość szkoły, już zaczynam rozmyślać o wszystkim i niczym.
Czyli nastała jesień.
Gdyby nie moje urodziny i grzybobrania, najchętniej umieściłbym ten cały czas w kalendarzu gdzieś między 30 a 31 lutym... Jeszcze wrzesień, względnie październik z początkiem listopada są znośnie, ale potem energia życiowa uchodzi ze mnie w tempie biegu Usaina Bolta na 100 metrów. Tą postać rzeczy zmienia dopiero pierwszy śnieg.
Lipa.

Co do tygodnia, doczłapało się do mnie przedwczoraj to choróbsko, w czwartek byłem na grzybobraniu u mojej rodziny (były rydzki, kto gustuje niech wybierze się do lasu, rosną pełną parą ;] ), piątek przeleżałem, a wczoraj byłem na osiemnastce, całkiem fajnej dodam. Impreza do trzeciej, tańce połamańce, alkohol w umiarze, szaleństwo też. A więc super.
O reszcie tygodnia nie będę pisał, bo nic ciekawego się nie działo, szkoła jak szkoła - niestety jest, w piłkę nie grałem co odbiję sobie w tym tygodniu, trochę pracy w ogrodzie, wizyta u Arka... Tyle.
Obiecałem sobie że będę odwiedzał tego bloga choć raz w tygodniu, póki co się tego trzymam... ;)
Głębokich myśli tym razem nie będzie. Znaczy się, są. Ale tu, dziś, ich nie wypiszę.
Za to piosenka, na także głębokie przemyślenia i odpłynięcie gdzieś daleko...


Dobrej nocy ;)

sobota, 15 września 2012

Długie powakacyjne rozważania...

Witam ponownie.
Cóż, koniec wakacji nastąpił. Stwierdzam u siebie zaniki pamięci, ale opisując wakacje muszę powiedzieć, że były one raczej udane. Nie wymarzone, ale udane. 
Minusy to mało kąpieli w jeziorze i za dużo siedzenia przy komputerze porankami oraz odpuszczenie sobie planowanych treningów.
Plusy to spędzanie czasu ze znajomymi. W zasadzie cały czas coś się działo. Oraz, rzecz jasna, moja podróż do Warszawy, albo raczej, do Niej... 
Był także biwak, ogniska, gra w piłkę, rowerowe przejażdżki, grzybobrania, urodzinki, pełny przekrój... Dobre wakacje, bez dwóch zdań...

I szkoła - koniec bajki, czas zabrać się do pra...
Dobry żart ;]
Ale niestety, fakt jest taki, że przez kolejne 10 miesięcy, nie licząc przerw, średnio po 6 h dziennie będzie wyjęte z życiorysu. Szkoła uczy, kształci, ale też niestety nudzi. I nie chodzi tu o lenistwo uczniów zawsze (bo czasem - i owszem) ale o to jak wiedza jest podawana, sprzedawana uczniom. gdybym ja miał prowadzić lekcje, dominowałyby ciekawostki, własna inwencja. I choć może stara podstawa nie pozwala na kreatywność nauczycieli - w nowej, profilowanej, powinno być z tym lepiej. Ale ja dowiem się tego jedynie z opowiadań młodszych znajomych. Ja już jestem staruszkiem.
Jak to brzmi - staruszek, napisane przez osobę w moim, niesędziwym przecież wieku. 
Ale naprawdę, nie jestem dzieckiem. Pewien etap się skończył. Rzeczy, na które miałem ochotę jeszcze trzy, dwa, a nawet i rok temu, teraz stają się mi obojętne. Jestem dorosły? Osiemnastki nie osiągnąłem, więc w świetle prawa: nie. Ale sam o sobie lubiłem mówić kiedyś, że jestem dojrzały. Tyle że kiedyś wyraźnie mieszało się to z dziecinadą. A teraz dziecinada zanika, jeszcze jest, ale w coraz mniejszym stopniu...
I chciałbym, strasznie chciałbym mieć znów 5 lat... Znów siedzieć w piaskownicy z łopatką, bać się przechodzić koło dzieciaka z 6 podstawówki, płakać głośno kiedy mi smutno, śmiać się donośnie kiedy się cieszę... I nie przejmować się, nie przejmować się opinią innych, gadaniem, tylko robić to, co się chce, mówić to co ślina przyniesie... Kiedyś przełomowy wydawał mi się 2005, kiedy miałem 10 lat. Od tego czasu minęło 7 kolejnych... Wszystko, wszystko się zmieniło... Na gorsze, raczej na gorsze, bo o wszystkim trzeba myśleć...
Muszę też napisać jedno: brakuje mi czasów, kiedy trzeba było ruszać ustami, by mówić. Chodzi mi o Internet.
Wiem, piszę tego bloga na necie. Ale smuci mnie samego to, ile czasu na nim spędzam. Smuci mnie, ile inni spędzają na nim czasu. I jak spędzają - na głupotach. Nie ma czasu na wyjście, spacer, pogadanie, tylko jest konferencja na gg, fejs, demoty. Niestety, mnie tez to dotyka, aż mi z tym źle i dziwnie...
I rozpisywałbym się tu dalej, ale chyba wszystko jest wiadome, a ja nie mam sił, czas już na sen przed ciężkim, jutrzejszym dniem. 

Cóż, chyba będę gościł tu częściej. Mam wenę, przynajmniej weekendami będę z niej korzystał. A dziś trafiła mi się dodatkowo bardzo dobra, wieczorna rozmówczyni... :) 
Dzięki za miły wieczór ;]
A więc - zawitam na blogu już wkrótce. Do napisania ;)

Dobrej Nocy!