niedziela, 26 maja 2013

Witam wśród żywych.

By napisać co było kiedy mnie nie było musiałbym chyba zapisać tutaj kilkaset jak nie więcej linijek tekstu...
Wracam. Czemu wracam? Dobre pytanie... Może dlatego, że zobaczyłem adres mojego bloga w pasku zakładek na ulubionych? Może dlatego że wszedłem i sobie poczytałem? Może dlatego że ktoś tu wchodził, sprawdzał, czytał... A tu cisza? Głupio tak zostawić bloga bez słowa.
A ja nie zostawiam, po bitych 7 miesiącach ciszy... I am back...
No dobra, jednak wypadałoby coś tu napisać, co się działo, choć po krótce.
Było źle. Bardzo źle. Straciłem to co najcenniejsze - moją miłość. Moje wszystko... 
Trudno było i nadal jest się poskładać do kupy, nie zliczę fatalnych dni, wieczorów, nocy i poranków, lecz  szły one w dziesiątkach, jeden po drugim, bezlitośnie grzebiąc mnie w morzu bezradności... 
Ale pozbierałem się. Jakoś, jakoś się udało.
Nie jest dobrze. Nie jest, i długo być może jeszcze nie będzie.
Ale jest normalnie, czyli tak jak było przez większość mojego życia - może bez tego, czego pragnę - ale z nadzieją. Nadzieją, której nie zgniecie nawet największy kamień...
Zawsze wstaję. Choćby po najgorszym gongu. Bo wiem, że są ludzie, którzy za mną skoczyliby w ogień... Ludzie, od których nie raz usłyszałem już "Dzięki, że jesteś...". I choć takie piękne słowa miłości mi nie zastąpią, to dają tą energię, by nie zostawać w miejscu, a walczyć: walczyć o siebie, o innych, o swoją osobowość, o swoją wyjątkowość... I walczę, i wierzę że kiedyś znów odnajdę to, czego tak bardzo pragnę, czego tak bardzo potrzebuję... 
Po wielkiej, twórczej pustce - odnalazłem zagubionego razem z moim smutkiem przyjaciela - wenę. Dojrzała ona jednak razem ze mną, bo wiąże się ona też z nadzieją, a nie z jej brakiem. Wróciła silniejsza, lepsza... Taka jak ja. 
Straciłem już ostatnie złudzenia odnośnie tego, że świat jest zawsze kolorowy. Nie, są momenty ciemne, dłuższe lub krótsze... Ale to wszystko czegoś uczy, wskazuje jakąś drogę... Widać poprzedni jej etap nie był jej końcem w moim wypadku, nie był jej szczęśliwym zakończeniem. Moje serce gdzieś w głębi nadal wierzy, że może jednak, może kiedyś to powróci... I nie przestanie wierzyć. Tak jak dziś śnię i myślę o niej - tak będę śnił i myślał. To dla mnie tak naturalne, jak życie i śmierć, nie rzucałem słów o swej miłości na wiatr, ale... Nastał koniec. I ja już niczego z tym nie zrobię, jedynie, w głębi serca z nadzieją - czekam
A poza tym...
Trzeba spróbować wstać. Wstać samemu. I pomóc wstać komuś, kto powie, że daje wszystko i chce wziąć wszystko z mojego serca. Że weźmie moje zalety, wady, moje piękno, brzydotę... Na kogoś takiego czekam, kogoś takiego całym swym sercem znowu szukam...
Tyle. Bo o czym innym miałbym pisać? W szkole jest do kitu, moja klasa jest jakimś nieporozumieniem, ale w gruncie rzeczy kiedy kupię sobie wreszcie nowe słuchawki nawet przestanie mnie to obchodzić. Martwię się tylko o wycieczkę na Litwę - nie wiem jak przeżyję z bandą ludzi wyprodukowanych w butelce alkoholu, solarium, Pudelku i kłamstwie. Chyba nie przeżyję.
W poniedziałek idę po te słuchawki.

Pozytyw tej wiosny jest zaś taki, że odzyskałem wenę, poznałem kilka fajnych osób oraz czuję się świetnie fizycznie, najlepiej chyba od trzech lat. Czuję moc, czuję energię. Widać to, kiedy gram w piłkę, kiedy bronię... Naładowałem jakoś wewnętrzne akumulatory po tej strasznie długiej zimie i myślę, że daje mi to także siłę i energię do działania, do zmian w swoim życiu :)

Kolejna sprawa - zostanę tatusiem.
Chrzestnym, żeby nie było ;>
Moja kochana kuzynka jest w ciąży... Aż sam w to nie wierzę, że osoba którą jeszcze niedawno trzymałem ostatkiem sił nad przepaścią życia w momencie, kiedy dodatkowo sam nad nią zwisałem, aż tak szybko osiągnie szczęście :) Może to i droga dla mnie? Zobaczymy, w każdym razie... Wszystkiego Najlepszego! :)

Wakacje... Nie mam planów. Znaczy się, mam.
Pojechać rowerem gdzie się da. Odwiedzić każdą ważną osobę dla mnie z przeszłości. Pogadać, pośmiać się, zrozumieć może coś więcej... Żyć. Taki jest plan. Realizacja? 
Zazwyczaj moje plany są do dupy, ale o ten jestem jakoś dziwnie spokojny...

Dodaję dziś tą notkę... A następna kiedy? Nie wiem, zależy to od mojej weny, od tego jak to będzie z wierszami, z rap-projektem nad którym może zacznę pracę, z wizytami na Orliku, z pogodą, z wszystkim... Zobaczymy, jednak chyba następna przerwa nie potrwa aż 7 miesięcy ;)

Na końcu podziękowania:
Dla Marychy - że zawsze kiedy jestem wrakiem - Ty masz młotek, gwoździe i potrafisz poskładać mnie do kupy...
Dla Kini - za to, że pokazałaś mi, że smutek to etap, że nie jest to coś, od czego zawsze trzeba uciekać, tylko trzeba przyjąć go z wiarą w lepsze dni :)
Dla Arasa - za to, że mogłem zapomnieć o smutku przebywając w Twoim towarzystwie, cofając się jak zawsze o kilka lat wstecz...
Dla Wioletki - za to, że nie mogłem Ciebie zostawić, że musiałem być, moja Ty Kuzynko :)
Dla Nessa - za to, że miałeś gorzej, dałeś radę i dałeś mi kopa do tego, bym podniósł się z kolan ;)
Dla Ewci... Bo będzie Ci miło :D A tak serio - za to, że trzymasz mnie w pionie kiedy tylko próbuję się odchylić. A poza tym - za bycie sobą, po prostu sobą :>
Oraz dla wszystkich innych, którzy służyli mi dobrą radą w tym ciężkim dla mnie czasie, którzy nie dali mi zatonąć w morzu wątpliwości...
Dziękuję...

Tak...
Powróciły trzy wcielenia, tylko pytanie...
Kto złoży je w całość? 
Szukam, czekam... 
I najważniejsze...

Żyję.

~Non omnis moriar... ~

Dobrej Nocy 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz