Już jestem chory, już mam dość szkoły, już zaczynam rozmyślać o wszystkim i niczym.
Czyli nastała jesień.
Gdyby nie moje urodziny i grzybobrania, najchętniej umieściłbym ten cały czas w kalendarzu gdzieś między 30 a 31 lutym... Jeszcze wrzesień, względnie październik z początkiem listopada są znośnie, ale potem energia życiowa uchodzi ze mnie w tempie biegu Usaina Bolta na 100 metrów. Tą postać rzeczy zmienia dopiero pierwszy śnieg.
Lipa.
Co do tygodnia, doczłapało się do mnie przedwczoraj to choróbsko, w czwartek byłem na grzybobraniu u mojej rodziny (były rydzki, kto gustuje niech wybierze się do lasu, rosną pełną parą ;] ), piątek przeleżałem, a wczoraj byłem na osiemnastce, całkiem fajnej dodam. Impreza do trzeciej, tańce połamańce, alkohol w umiarze, szaleństwo też. A więc super.
O reszcie tygodnia nie będę pisał, bo nic ciekawego się nie działo, szkoła jak szkoła - niestety jest, w piłkę nie grałem co odbiję sobie w tym tygodniu, trochę pracy w ogrodzie, wizyta u Arka... Tyle.
Obiecałem sobie że będę odwiedzał tego bloga choć raz w tygodniu, póki co się tego trzymam... ;)
Głębokich myśli tym razem nie będzie. Znaczy się, są. Ale tu, dziś, ich nie wypiszę.
Za to piosenka, na także głębokie przemyślenia i odpłynięcie gdzieś daleko...
Dobrej nocy ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz