środa, 27 lipca 2011

A w przerwach między chmurami...

Ciągle pada. Ciągle i ciągle i... Błech, mam tego dość. A kiedy nie pada jest zabawa.
Ostatnio często jeżdzę w nowe dla siebie miejsca, chodzę, schodzę, skaczę, jadę... Lubię odkrywać, a jest to miłe tym bardziej z chłopakami, kiedy do głowy wpada wiele, czasem szalonych, czasem zabawnych, pomysłów. Rower znowu ostro idzie w ruch, przeplatam to wizytami u Arasa (dziś, po robocie, rąk nie czułem) i pojedyńczymi wizytami , na przykład u Patryka.
Osobiście czuję, że mam w sobie wulkan energii. Muszę go jakoś szybko rozładować. Z powodu tego deszczu co drugi dzień jest stracony niestety. Ale to tu, to tam, coś się kręci, żaden zastój nie może być wieczny. W sumie przytłaczają mnie oczekiwania innych wobec mnie. To, że mam wakacje, nie oznacza, że jestem 24 na 7 do dyspozycji. W przyszłym tygodniu pojeżdżę sobie na Orlika i pokopię troszkę w nogę.
Te wakacje są o tyle przyjemne, że dotychczas nie miałem na to czasu, bo jestem ciągle w ruchu.
Albo ewentualnie w deszczu...

piątek, 15 lipca 2011

I tak powoli mija czas...

I wkacje też.
Ostatnio nadal jest dość rozrywkowo, Witas wrócił a więc o jedną osobę do pogadania i pośmiania się więcej, byłem dziś nad jeziorem z Cypisem, zimno jednak strasznie ze względu na wiatr, a poza tym zwykłe, osiedlowe zajęcia. Rozkład jazdy na najbliższy czas to prawdopodbnie częstsze wizyty  na Orliku i u Arasa. Dawno nie grałem w piłkę na naszych cudnych obiektach, a Wiśnia jest mi winien jakiegoś meczyka. A z Arasem trzeba skończyć dach.
Wyjazd do Warszawy chyba nie wypali. W zasadzie nie wiem, czy to dobrze czy źle. Ciągnie mnie tam trochę ze względu na sklepy oraz towarzystwo moich kolegów ale dobrze wiem, że prędzej czy później ktoś wpadnie na jakiś przypał. A po pewnej majowej nocy powiedziałem sobie, że przypałów narazie dość, i całkiem skutecznie tego się trzymam.
Nic nie jest pewne, ale zła, długa niepewność jest już lepsza od złej, szybkiej pewności.
No to do zobaczenia ;)

sobota, 9 lipca 2011

Kontakt się urwał. Nieładnie.

Jestem po nocnej imprezie z Młodym i wizycie nikodema. Jak widać, wakacje się rozruszały, Młody wrócił to i w okolicy narasta ruch. Zrobilismy sobie nockę, niestety wypadła Fryta (szkoda gadać) i Rusek (nie mam pretensji, dowiedział się 24 godziny wcześniej :D). Gadaliśmy, oglądaliśmy filmy, poszliśmy na miasto o północy... Było spoko, lubię sie tak rozluźnić. Wcześniej budowałem u Arasa bramkę. Ah, te skoki przez płoty i poziomki... to jest to. Skoro nam tak szybko z bramką poszlo, to może my dokończymy te wszystkie stadiony? We trzech napewno dalibyśmy radę ;)
Ogólnie mam dziś dobry humor. Przekładało się to na cały dzień. Jeden z nielicznych takich dni, w których wszystko mi pasowało...
Cóż, częstotliwość wpisów spadła mi drastycznie, ale to zrozumiałe. Wakacje to mało czasu. Paradoks?
Nie, po prostu z nich korzystam ^^
A teraz kawałek, wiadomo, te stare dobre czasy, składy...
I klimat refrenu.
Bajka...
Dobrej nocy ;)

wtorek, 28 czerwca 2011

W limitach wszelakich

Zaczyna się rozkręcanie wakacji, powolne, bo w pierwszych dniach raczej się obijałem.
Teraz codziennie prawie gram w piłkę, jutro wpadają Wioleta z Justyną, to też sobie popykamy, w środę mam zaproszenie na orlika, a w czwartek... w czwartek coś się wykombinuje ;)
Spędzam wolny czas u Arasa - z nim, Lidką i chłopakami z politechnicznej - albo przed komputerem/telewizorem. Ewentualnie wpadam, (w wiadomym celu) na orlika. Teraz dojdą mi może rolki z Alą. To będzie kabaret, ale cóż... trzeba próbować.
Jutro ranna pobudka i na targ po... różne rzeczy, a potem obejrzę sobie z kim przyjdzie mi się od września użerać. Nie będę prosił Boga czy kogokolwiek, by nie było tam nikogo przeze mnie nielubianego, bo wiem, że takie osoby będą.
Pytanie tylko ile.
Cóż, cieszmy się wakacjami, dwa miesiące przed nami ;)

piątek, 24 czerwca 2011

Time to say "Goodbye".

Cóż, po trzech latach trzydziesci trzy osoby rozchodzą się. Każda w swoją stronę, kazda ze swoimi marzeniami, planami. Niektóre spotkają się we wrześniu, inne rozłączą się na długie lata, by potem wspominać wspólnie stare, dobre czasy. Kolej losu, płynący czas - mówią za nas "Koniec".
17.00 - Zakończenie w szkole.
Najpierw świadectwa. Tak, ponoć bylismy najlepsi.
Ponoć najbardziej uśmiechnięci, weseli, bezpośredni.
Podobno nikt nie miał takiej siły przekonywania.
I wszyscy będą tęslnić za nami.
A ja z miłą chęcią powiem we wrześniu tym samym nauczycielom "Dzień Dobry". Niech wiedzą, ze mnie się łatwo nie pozbędą, a poza tym zostawiłem tu jeden, niedokończony zakład. Honorowo byłoby wygrac i zgłosić się po nagrodę ;) Wracając do tematu, troszkę chodzenia po różne różności było. Pożegnania z nauczycielami, nasze wierszyki(kapitalne zresztą) i film, potem chwilowy powrót do domu.
19.00 - Bal zakończeniowy.
No i nasze ostatnie pięć godzin, pięć godzin tańca, rozmów i zdjęć. Muzyka była dobra, w sam raz dla każdego. Menu w porządku, okraszone cukierkową niespodzianką. Tańczyłem troszkę, potem nie miałem sił i chęci. Poprosiłem o kilka zdjęć z najważniejszymi osobami. Może kogoś pominąłem, ale cóż... Mówili o mnie, ze byłem fajny, to trzeba było mnie do zdjęcia prosić. A ja wychodzę z prostego zalożenia "Nie to nie". Widać nie jestem wystarczająco POP-ularny. Przeżyję to jakoś.
Natomiast koło 23.30 nastąpiła osobliwa rzecz.
Usiadłem przy stole, obok szła Jagoda. Zatrzymałem ją, poprosilem abyśmy pogadali. W 5 minut z naszej dwójki zrobiła się ponad dziesięcioosobowa grupka. Zdecydowanie, potrzebne nam były rozmowy, wspomnienia, nawet bardziej niż taniec. Bo i osoby, które tam siedziały, w trakcie pozegnań nie płakały. To było łatwe do wytłumaczenia. My już coś sobie wyjaśniliśmy, mieliśmy czas na przetrawienie emocji. Płacz nie jest czymś złym, nie. Jednak niektórzy umieli nad nim w prosty sposób zapanować.
24.00 - Pożegnania.
Ryk na calego. Setki wspomnień nadeszły, więc było to nieuniknione. Z każdym musiałem się pożegnać, to raczej obowiązek. Niektóre dziewczyny rozpłakały się wcześniej, inne później, dwie nawet żegnając się ze mną. Paru chłopaków tez ponoć beczało. Widać, że ta klasa miała "to coś", do końca trzymalismy się razem...
Podsumowując: z niektórymi już się spotkałem w wakacje, z innymi przyjdzie mi rozmawiać, a część będę łapał na telefon bądź gg. Chciałbym pamiętać i przypominać się. Bo choć we mnie nie tkwi nigdy wielki sentyment do ludzi, to jednak doceniam, że tworzylismy wyjątkowy twór. I większość z nas myślami powróci w te trzy lata, klasowe wycieczki, wigilię pod balokonem, kłótnie i śmiechy.

A ja?
Ja idę do przodu.
Teraz mam wakacje, we wrześniu znów szkoła. Wejdę do niej, uśmiechnę się na widok znajomych, skrzywię się na widok planu i wieści o pierwszym sprawdzianie, nawiążę nowe znaojmości i odnowię stare, przetrwam wzloty i upadki, semestry i jedynki, dotrę do matury, studniówki, zakończenia...
I pójdę dalej.

Ta, dziękuję i przepraszam.
Proszę o więcej.
A teraz idę, zostawiam piosenkę.
Jej mocą jest to, że jest niezrozumiała....
I taka jest właśnie moc przemian.

Są nieokreślone, ale zawsze przynoszą chwile, które zapamiętasz...


"And I get nosebleed.
But I always get up..."

Do zobaczenia...

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Koniec.

Jutro koniec szkoły.
A za mną ostatnie: wycieczka do kina, spływ i turniej klasowy. Na wycieczce do kina troszkę sobie pogadałem z różnymi osobistościami, sam film z kategorii "American Badziew". Na spływie płynąłem z Marasem. Było spokojnie, dość szybko, bez wariactw, a no i posmialiśmy się troszkę. Miło, a potem ognicho i do domów. Na turnieju, w piłkę, znów drugie miejsce, za drugą klasą. Jak zawsze. A ogólnie to trzecie, olaliśmy część artystyczną. Trudno, i tak bylismy najlepsi.
Jutro grill, zakończenie i bal. I koniec, wakacje.
Jest mi smutno. Nie, nie chodzi o tęsknotę za ludźmi, może 4-5 mi będzie brakowało przez jakiś czas ale to nie powód mojego zmartwienia. Mam poczucie, że dałem ciała przez te 3 lata. Często mam takie poczucie. Wiele rzeczy skopałem, ale uważam też, że nikt nie powie o mnie, że byłem chamski, niekulturalny czy po prostu głupi (poza jednym pijakiem może...). Więc nie było tez tak źle.A teraz wakacje, głowa do góry i... czas dla siebie.
Nareszcie...

środa, 15 czerwca 2011

Po bólu, czyli nielekko, niełatwo lecz przyjemnie.

KONIEC SZKOŁY.
Już?
Dopiero?
W sam raz?
Za wcześnie?
Za późno?
Chyba w sam raz. Energii miałem dość , aby wyciagnąć świadectwo z paskiem, choć niektóre oceny są mocno naciągnięte (za co z góry niektórym nauczycielom dziękuję). Bez naciągnięć pasek zapewne tez by był. Test gimnazjalny, do którego podszedłem na żywca, wyszedł mi dobrze, ale nie zgodnie z przewidywaniami. Całokształt jest jednak pozytywny, to sie liczy. Niektórzy ludzie z klasy mają po nim załamkę. Ktoś płakał chyba nawet, inni chowali głowy między rękoma. Jak to skomentować? Współczuję, wiadomo, nie ma nic gorszego niż rozwalone plany. Ale na Bydgoszczy i Chojnicach świat się nie kończy. W każdym razie, chciałbym aby wszyscy dostali się tam gdzie chcą. Bo raczej podołają, w większej części, temu do czego dążą. A marzenia i cele trzeba realizować.
Wracam do mnie. Uważam, że ten test pokazał, że pod względem potencjału jaki we mnie drzemie jestem na pewno w czołówce klasy. Niestety, pod względem lenistwa także zbieram laury. Cos za coś, ostatecznie wychodze na średniaka klasowego, ze srednią koło 5,0. Dziwny jest ten świat...
Najlepsza średnia w gimnazjum powoduje, że jestm z siebie dumny. Niestety, nawaliłem kilka przedmiotów, z tego dumny nie jestem. Ale tu też ostatecznie jest dobrze. Wymagań za wielkich nie miałem ;)
O klasie i wspomnieniach napiszę przy okazji opisu wtorkowego zakończenia.
W weekend pojawi się relacja ze spływu, wycieczki do kina i ostatnich wspólnych chwil w szkole. Tak,
"To już jest koniec, nie ma już nic, jestesmy wolni...
Mozemy iść..."

środa, 8 czerwca 2011

Teraz spokój

Oceny są w wiekszości załatwione, jestem po bierzmowaniu, koniec sprawdzianów... To lubię, wreszcie spokój.
Co do ocen, mialem aspiracja, by miec nawet swiadectwo z paskiem, ale szybko jednak zgasły. Przeżyję, zostaje w moim mieście na nastepne trzy lata. Tu zwrócę uwagę na drobny kłopot. Zauważyłem, ze parę osób namawia inne, by pójść do tej szkoły, co oni. Gruby błąd. To, ze ktos ma własne ambicje, nie znaczy, że powinien ciagac za sobą kogos, kto nie jest zdecydowany. Nasze lenistwo w jakimś renomowanym liceum nie przejdzie, to koniec bajki. Dlatego jeśli idzie się w swiat z własnej woli, to jest to decyzja dobra, bo własna. A jeżeli powodem odejścia jest kolega/koleżanka zapewne nie skończy się to za dobrze.
Bierzmowanie. Na drugie imię mam od teraz Hubert. Spodobalo mi się, parton sportu, leśników... czyli w sam raz dla mnie. Sama uroczystośc wyszła nieźle, choć byla robiona naprędce. Pogadałem po długim czasie z paroma znajomymi, na luzie, w sumie miło, nie spodziewałem się tego. Ogólnie atmosfera była dobra, żartowaliśmy, rozmawialiśmy nawet z osobami, których nie znaliśmy. Mała rzecz, a cieszy; te przygotowania, mimo natłoku obowiązków, dały mi troszkę radości.
Co do następnych dni: jutro tysiaczek na stadionie, potem liczne wyjazdy klasowe (będę informował na bierząco) i koniec szkoły. W sensie gimnazjum, bo za dwa miesiące wkroczę do niej ponownie.
Aha, jeszcze o turnieju gimnazjalnym: 4 miejsce w piłce, 3 drużynowo. Wielka, wielka szkoda, podium było na wyciągnięcie ręki. Zagralismy lepiej, niż myślałem, jako kapitan w polu zasuwałem bardziej niż zwykle.
No i tak pożegnałem się z szóstką z wuefu. Mogłem to olać, iść na kręgle. Ale to nie ja, bo gdy coś zaczynam- kończę to, nieważne w jakim stylu. Ważne, że honorowo.
A wkrótce na blogu pojawi się mój tekst piosenki. Mam nadzieję, że się spodoba.
Dobrej nocy ;)

wtorek, 31 maja 2011

Ten inny raz

W sobotę miała być niezła akcja, szykowała się ustawka jakiej na moim osiedlu jeszcze nie było.
Skończyło się na słowach, ale w połowie czerwca nastąpi ciąg dalszy. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Był tez Młody, jak zwykle troszkę poszaleliśmy. Czekam na lato, zrobi się jakies ognisko, małą imprezę.
Zeszły tydzień upłynął pod znakiem nauki i małego turnieju piłki, na którym zdobylismy trzecie miejsce. Po turnieju doszedłem do wniosku, że musze dorwać mojego kuzyna i z nim pogadać, bo ostatnimi czasy mocno się chłopak rozbrykał...
Dziś natomiast popołudnie spędziłem nad Głęboczkiem z Damianem (nie rozumiem człowieka, znowu wlazl do wody "na suchara"), a wieczór z Marasem przy pracach ogrodowych. Wcześniej gadałem z Dominiką. Cóż, gadałem, duzo powiedziane. Przy tak fatalnym gardle brzmiało to z jej strony dość zabawnie ( mam nadzieję że tego nie czytasz Fryta :P)
Eh, ile to człowiek rodziny poznaje tak przez przypadek...
Jutro Dzień Dziecka. Znając życie będzie zabawnie. Cóż, okaże się jeszcze co i jak.
Nie moge tez pominąć przygotowań do bierzmowania i popraw ocen. Wszystko spada mi na głowę.
Trudno, jeszcze tylko tydzień i praktycznie spokój... Całe szczęście lato tuż tuż.
A w tym roku będzie ono zgoła inne niż te poprzednie...
Bym był zapomniał: przerzuciłem się na tryb elektroniczny. O co chodzi? Pokaże za jakiś czas na blogu ;)
Dobrej nocy.

niedziela, 22 maja 2011

Na dobranoc.

W sobotę wiele się działo. Napiszę o tym kiedy indziej.
Zostawiam tylko piosenkę
Wyjątkowo z dedykacją, dla dwóch osób.
Myślę, że nikt się nie dowie o kogo chodzi, ale to już nie mój problem...
Dedykacja naszła mnie z powodu wspomnień. A nie ukrywam, że kilka godzin temu wiele się zmieniło, więc może to, choć symbolicznie, ostatnia okazja.
A może nie....
W końcu życie lubi zaskakiwać i zmieniać swój bieg...
A ja wiem o tym najlepiej.
Oj tak...

"If you give a little love,
you can get a little love,
if you want
don't break his heart..."