środa, 21 maja 2014

Poczuć emocje...

Trzecia w nocy...
Chyba moja ulubiona pora na pisanie notek na tym blogu.
Ostatnio w ogóle mój zegar biologiczny został kompletnie przeprogramowany. Sam śmieję się do siebie, że wkrótce zacznę prowadzić nocny tryb życia, a spać będę za dnia. Taki nietoperz. Mroczny Rycerz, nawet, powstaje. 
O 12:00, kiedy dzwoni budzik...

Czemu w zasadzie wracam na bloga? Nie wiem. Poczułem chęć napisania notki. I to chyba na tyle jeśli chodzi o wyjaśnianie dlaczego. Wszak zawsze, historycznie i życiowo, ważniejsze od powodów są skutki...

Dorosłość, o której wspomniałem pół roku temu z hakiem, w ostatnim poście, uderza coraz mocniej, ale... Nie ma co się oszukiwać, póki co babram się w piachu dorosłego życia. Matura? Czym jest matura... mały etapik, nawet nie element przystosowania do wymagań przyszłości, przynajmniej nie dla mnie. Albo jestem zbyt zdolny, albo zbyt przystosowany, albo zbyt pewny siebie. Czytelniku - wybieraj, może po tylu postach wiesz już coś więcej o tym kimś po drugiej stronie monitora?

Znalazłem stabilność w swoim życiu, emocje zdają się nie pulsować jak dawniej, przynajmniej te toksyczne, złe, jakby... wyparowały do atmosfery. Wartością stałą jest dla mnie teraz miłość, która zdaje się wzbudzać we mnie silnie realne myślenie o wspólnej przyszłości z tą denerwującą, równą mi wzrostowi istotą płci przeciwnej. No ale jak tu nie kochać, jak tu nie kochać tego mieniącego się na całym ciele szczęścia, błysku w oku i długich, niemal kasztanowych włosów? Co ciekawe, zapuściłem nawet brodę, już na stałe (nie wiem, może dawniej wspominałem o tym mało istotnym fakcie) i wyglądam inaczej, jakby piaskownica była już placem życiowej budowy jakiegoś, bo ja wiem, 22-23 latka... Ale zawsze wyglądało mi się starzej niż wskazuje na to metryczka, z czego generalnie bardzo jestem rad, haha. Jakiekolwiek zaś myśli o drastycznym cięciu namiętnie torpeduje moja kochana, denerwująca istota, zarzekając się, że w innym wypadku pozbawi się swych długich, lśniących włosów. Wobec takiego perfidnego szantażu oczywiście broda pozostaje wiecznie żywa na mej twarzy. Niczym towarzysz Lenin, normalnie. A panna rzecz jasna z siebie dumna.
No i kurde, jak tu jej nie kochać, no jak?

Nie umiem określić jak ważne wydarzenia nastąpią teraz w moim życiu. Studia nie wydają się dla mnie tak wielką sprawą, wszak jestem wysadzony z jakichkolwiek norm, więc jeśli dla normalnego słuchacza wykłady są męka, dla mnie będą one syzyfowym toczeniem głazu, które to zakończy się siedzeniem za biurkiem w towarzystwie stert papierów. Perspektywa mi niemiła, ale chyba konieczna. W takich chwilach myślę, żeby jednak pisać więcej wierszy. Wena się znajdzie, kiedy poziom lenistwa zostanie poważnie zagrożony, o to się nie martwię...
Co ważnego więc przede mną? Lato. Pożegnania, spotkania, wspominania... Postaram się wyciągnąć coś cennego z tych dni. Co dokładnie? Tego nie wiem... Pozwalam życiu siebie zaskoczyć. Ciężkie zadanie, ale z pewnością wykonalne.

Czytam sobie tak teraz to, co już zdołałem napisać i... Zastanawiam się czemu przez cały ten post bije taki spokój. Jakby cynizm. Aż tak się zmieniłem? Może wreszcie się poskładałem, ale spokojna część przejęła za dużą kontrolę? Nie, to nie tak... Spokojnie.

Nadal dostrzegam esencję życia człowieka w emocjach, które trzeba doświadczać podczas nakreślonej drogi. Tak jak wielu filozofów mawiało, że albo jako ludzie powinniśmy skupić się na doznaniach chwili, albo zimno dążyć do przyszłych celów, tak ja widzę potęgę emocji w kreowaniu stałych, niezmiennych. Człowiek wyprany z emocji, takich jak empatia, współczucie, ale także duma, poczucia własnej siły, uniesienia duszy, nie staje się wcale nieludzki, ale gubi sens swojego ludzkiego bytu. Nie jest nim podążanie jak po sznurku do wyznaczonego celu. Sznurki nie istnieją. Sztuką życia jest adaptacja do zastanych rzeczywistości. Dobieranie znanych emocji do nieznanych kontekstów. Stawanie przed sytuacjami trudnymi, niespodziewanymi, krytycznymi. To jest sens życia - pokonywanie trudności. Doświadczanie. Stopniowa marginalizacja błędu dla uzyskiwania coraz to doskonalszego siebie. Przelewanie swoich zdobyczy na nowe pokolenia. Wdrożenie w życie i nauczenie elementarza świata swoich dzieci, wnuków. Zamykanie oczu z poczuciem spełnienia - wobec siebie, bliskich, własnych wartości.

To jest właśnie zwycięstwo. 
Spełnienie sensu życia. 
Zrozumienie sztuki, zagranie w niej głównej roli, wysłuchanie oklasków.

Faktem jest, że nie ma zwycięstwa bez emocji. Bez uniesień. Mówię tutaj o rodzaju emocji pozytywnej, bo emocja negatywna towarzyszy każdemu, jednak ją mogę wrzucić do kosza moich rozważań. Źródeł pozytywnej emocji jest tyle, ilu jest ludzi. Wiesz, co dla mnie jest emocją? 
Jej pocałunek. 
A wiesz co jeszcze?
Piękny zachód słońca.
Parę minut chwytającej ze serce muzyki.
Oberwanie chmury podczas gry w piłkę.
Oglądanie strzału prosto w okienko drżącej bramki.
Buzzer beater i game winner.
Uśmiech Jej, Jego, Twój, Wasz.
Sprytna docinka przyjaciela od siedmiu boleści.
Przejażdżka rowerem po okolicznych wzniesieniach.
Poranna rosa i wieczorna mgła.

Emocje.
Moje. I tylko moje sposoby na życie. 
Unikalne, dające siłę, skłaniające do refleksji. 
Tworzące moją drogę ku szczęściu, które ma jedną definicję w jednym świecie. 

Warto czuć emocje w małych rzeczach. 
Warto nadawać im znaczenie.
Warto je dzielić.
Warto je czuć.

Naprawdę
Warto...

Dobranoc,
Miłego dnia.

środa, 9 października 2013

Dorosłość?

BANG - był początek września, a teraz mamy już październik.
Zatrważająco często tu piszę, serio. Ale generalnie to że, nie piszę w sumie jest dobrym znakiem, że nie mam czasu ani ochoty na żadne egzystencjonalne i zbędne często przemyślenia...
No nic, co u mnie?
Szkolna rutynka, maturalny rok, mało czasu, robota, "nauka", kwestie sercowe, wyjścia, wypady, piłka nożna... Sporo tego, ale daję radę, nawet z uśmiechem na ustach muszę przyznać, choć ostatnimi dniami zmęczenie daje już w kość. Teraz przyjemny weekend, wyjście na bardzo ciekawy mecz w mojej mieścince, no i... przygotowania do osiemnastki...
Ah, jaki ja staruszek jestem. Wszystko człowieka boli, brzuch rośnie, zarost twarz zarasta... No i ten dzień, to przejście do dorosłości, którą osiągnąłem już jednak parę lat temu... Albo kilka miesięcy temu?
A może jeszcze brakuje mi do niej paru lat?
Naprawdę, trudno mi powiedzieć... Poprzestanę więc na tym, że chyba jestem człowiekiem dojrzałym, bo jak na niedoszłego jeszcze dorosłego to wiem sporo, ale doświadczyłem jednak wciąż niewiele... W każdym razie, mam nadzieję, że impreza będzie udana, już wiem, że z moich znajomych w zasadzie chyba nikogo nie zabraknie, choć szkoda mi, że do dwóm osobom nie mogłem przekazać moich zaproszeń, ich obecność byłaby wskazana, no ale cóż, nie zawsze wszystko się udaje, prawda? Całościowo jednak jestem dobrej myśli, mam nadzieję że wszyscy się wybawią.
Ruszam także wraz z jesienią z dwoma nowo - starymi fajnymi rzeczami, otóż po wielu perypetiach drużynowych znów biorę się za grę w halówkę w lokalnej lidze a także "z buta wjeżdżam", czyli znowu swoją małą raperską twórczość - już za dwa tygodnie zniszczę (taką mam nadzieję, przynajmniej ^^ ) Wujaszka na wolnych majkach w klubie - będzie to w zasadzie mój debiut przed jakąkolwiek publiką, także mam trochę obaw, ale w sumie i tak chodzi głównie o dobry klimat i jakieś tam doświadczenie. No a po drugie szykuje się już piękny bicik dla mnie prosto od kumpla, także... Nagramy coś, wierzę! Będzie się działo, póki co nie będę tutaj pisał "Stay tuned!" bo nie wiadomo, czy cokolwiek pójdzie w sieć, ale jeśli pójdzie to przypuszczam, że nie omieszkam się tym pochwalić ;)

No ale poza wszystkim to jestem sobą - i tylko sobą. Powoli zachodzący we mnie proces zmian wewnętrznych, rozpoczęty w zasadzie z początkiem tego roku zaczyna chyba wkraczać w końcową fazę - czuję to w środku, po prostu, po sobie. Nie jest idealnie, ale kiedy nie jest idealnie... To jest normalnie. Taka moja dewiza nowa, o!
Ale generalnie pozytywnie i do przodu, osiemnastka, starość, listopad, święta i po świętach, 2014, ferie i kilka ważnych wydarzeń. Będzie się działo? Będzie, zdecydowanie!

Na koniec, tradycyjnie mój mały kącik muzyczny, czyli jak wyciągnąć z małego monitora laptopa tysiące barw, miejsc, dat i zdarzeń...


Dobrej nocy! ;)

poniedziałek, 2 września 2013

Antyniespokój wrześniowy

Zjadłem gdzieś ten miesiąc, tak, wiem, często mnie nie ma na tym blogu, ale nie mam grona fanek, nikt nie płacze, że "Chcemy nowych postów, łiiii", a więc nowych postów nie ma... No ale nic, jedziemy z koksem.

O czym chciałbym tutaj napisać? W zasadzie najpierw to miała być siarczysta notka, potem stwierdziłem, że chrzanię idę spać a teraz to w zasadzie nie wiem co tu napiszę, ale pewnie będzie to bez ładu i składu. Sierpień minął mi jak minął, szybko, pozytywnie mimo że dość mocno wrosłem w fotel i łóżko. Mam trochę brzucha do zrzucenia, bo czuję się ze swoją obecną wagą aż nieswojo, mam trochę miłych fajnych wspomnień z tego czasu, mam trochę żalu, że kilku wakacyjnych planów kompletnie nie ruszyłem oraz mam sporo szczęścia, takiego mojego, osobistego...

A teraz drugi września, tym razem nie pierwszy, drugi.
I świadomość, że godzina siódma rano już nie będzie środkiem nocy, a jej końcem. Ale nawet nie jest źle, ostatnie dni lecą mi okropnie szybko i mam dziwne wrażenie, że wraz z rozpoczęciem szkoły się to nie zmieni. Dojdzie mi jeszcze mała robota, cóż... Jakoś to będzie, musi być...

Nie no, nie mam weny na tego posta, naprawdę... Może tylko mały cytacik, który bardzo wszedł mi ostatnio do głowy:
"Nieufni - ręka w górę!
I widzę rąk las...
Zacięci, podkurwieni - bywam jednym z Was..."

Ale jest jednak dobrze. Nawet ponadprzeciętnie dobrze, kiedy wiem, że moje szczęście jest szczęściem i szczęściem, a po chwili jest szczęściem i szczęściem i płaczem, i zgrzytaniem zębów, i niepewnością, i ulgą, i szczęściem, a potem znów łzami, płaczem... Śmiercią, trupem, którego woń pachnie jednak dziwnie słodko, dziwnie znajomo, dziwnie podobnie, a jednak całkiem, kompletnie inaczej...
Przyjemnie inaczej.



Dobranoc

środa, 31 lipca 2013

Post do kasacji.

"Lights will guide you home..."

Nie wiem po co jest mi ten dzisiejszy wpis, ale pomyślałem sobie: "O, fajnie by wejść na bloga." 
To wszedłem. 
Jak jest? Nudno, nudne wakacje, nudzące wspominanie, nienudzące plany.
Jak jest? Jest jak jest, póki nic się nie dokona nie lubię prorokować, życie już tego mnie nauczyło.
A czas leci, a kiedy jedno podróżuje ku górze - drugie spada w dół.
A tak poza tym...

Czuję, że uzależniam.
Uzależniam, prawda?
Z psychicznego narkomana przeistoczyłem się w psychiczny narkotyk.
I jakie to uczucie?
Wspaniałe, choć nikt nie umie mnie zażywać... Lepiej być zakazanym owocem za kolczastym drutem, niż ślinić się i wariować patrząc się na ten owoc, na ten niezbędny do życia, nieosiągalny owoc...
Nadgryziony czasem owoc za wysokim płotem pamięci.
Zbyt wysokim płotem.
Zbyt pamiętnej pamięci.

Bum, oto i igła, śmiało, mała dawka, ale jestem... 
Tyle wystarczy dla narkomana, wiem to.

Czwarty z Nas wita Was.

______________________________
Ale w gruncie rzeczy
"U mnie wszystko ok, co tam u Was?"

Bo lubię, bo lubię tak czasem pozwolić temu czwartemu pętać umysły...

3 a.m. 



Kolorowych snów...


sobota, 6 lipca 2013

A miałem spać...

Miałem spać, ale się nie da - są czasem takie noce, że wiesz, iż musisz zasnąć, a coś, jakaś niewidzialna siła śmieje Ci się prosto w twarz i pokazuje, że Ci nie wolno, że nie... I nie, i basta. Postanowiłem wykorzystać więc to, że mam znów normalny internet na lapku po kilku dniach przerwy i dodać posta na bloga.
Wakacje jak dotychczas przebiegają mi nudno, znaczy się... Nudno o tyle, że sporo siedzę w domu, wręcz za dużo siedzę w domu, i piszę z różnymi osobami. Rozmowy te już takie nudne nie są, ale o tym może potem... Dziś zaś pojechałem pograć w piłkę, no i z dwóch godzin zrobiło się 3 i pół. Mówiąc szczerze - padam, oddycham rękawami, wszędzie mam zakwasy i naprawdę nie wiem, jak ja jutro wstanę na 7 i pojadę z mamą na targi kwiatowe... Jakoś muszę...
Ale jak?

Mimo tego, że ruszam się mało z domu ostatnio w moim życiu sporo się dzieje. Kilka kłótni, niespełnionych nadziei i osoba, która sprawia że czuję się sam z siebie zadowolony, dzięki której zachowuję pogodę ducha w trudnych dniach. Co jeszcze bardziej pozytywne - dzieje się tak nie dlatego, że znów robię sobie puste nadzieje na miłość, a dlatego że jej słowa zwyczajnie są dla mnie wspaniałe, i dają mi ochotę, bym był sobą, sobą takim, jaki jestem i bym dalej szukał tej jednej, jedynej osoby...

Pisałem też z Nią. Dwa razy pisałem, narobiłem nadziei by potem brutalnie trzepnąć drzwiami. Szczerze mówiąc - głupio mi z tym trochę, ale cóż... Nie umiem widzieć w Jej nikogo innego niż mojej dziewczyny, dlatego rozwiązania pośrednie zwyczajnie mnie bolą... Ale nie zamykam drzwi, rzeka płynie, życie się toczy i ono pokaże Nam jak miało być. Taka jest prawda.

No i Paulina jeszcze... Kłótnie, kłótnie, kłótnie... Ale chyba wychodzimy na prostą. Cieszy mnie to. Niczego wielkiego z tego już chyba nie będzie, ale cóż... Nie lubię tracić w swoim życiu ludzi, którzy zapisali w nim jakiś ważny etap, i dlatego cieszę się, że jej tak w 100% nie stracę. Teraz czeka Nas na pewno pewien rodzaj przyzwyczajenie do wody zimniejszej niż kiedyś, że tak to ujmę. Mam nadzieję, że ta sztuka się Nam uda, i będziemy w stanie wynieść z tego jeszcze choć trochę szczęścia, dla mnie i dla niej.

Piszę jeszcze z wieloma innymi osobami, naprawdę, ale by opisywać każdą z nich nie starczyłoby mi czasu... W każdym razie mam nadzieję, że u wszystkich innych osób, którym kibicuję, a w szczególności u Oli, wszystko się poukłada i wejdzie na właściwe, niosące szczęście tory.

Zapomniałem jeszcze o jednej rzeczy - dziś zrobiłem sobie małą podróż wstecz, sprawdzającą moje reakcje na wydarzenia mające miejsce w przeszłości - i kurczę, chyba jest dobrze, bo umiem się już uśmiechać na myśl o tym, co dobiegło końca, co tak bardzo bolało, kiedy ten koniec osiągnęło... Nie wiem, czy to kwestia zapominania ran, czyli czasu, czy też lekkiej zmiany życiowego podejścia w mojej osobie przez ostatnie pół roku, ale... Jest dobrze. Kolejny raz muszę nieskromnie stwierdzić, że pod pewnymi względami jest dobrze, choć wiele jeszcze pozostało do naprawy.

A właśnie, naprawa... Dziś tak dziwnie zdałem sobie sprawę z tego, jak niebezpieczny mogę się kiedyś stać. Jak to, ja? Ja niebezpieczny? No boki zrywać... Ale w sumie sam się tego zaczynam bać.
Jestem osobą o skomplikowanym profilu wewnętrznym - w środku mnie tkwi sporo odmienności, jestem osobą wielowymiarową, na co wskazuje już choćby nazwa tego bloga. I jedną z tych odmienności jest moja zła strona, która w gruncie rzeczy na polu codzienności często i gęsto wygrywa w drobnych konkurencjach za sprawą lenistwa czy też marudności, ale w całkowitym ujęciu - przegrywa z kretesem, tłumiona przez miłość i szczęście, które chcę nieść i zostawić po sobie na tym świecie. Czemu jednak tak się boję?  Bo jeśli nadejdzie chwila, osoba, czas który zepchnie mnie na skraj wytrzymałości, sprawi, że oszaleję - zło może we mnie znacznie urosnąć, sprawić, że będę w stanie posunąć się do czynów których do dziś nie dopuszczam do siebie... Wiem, że szanse na to są małe, że pewnie będzie mniej więcej dobrze z moją psychiką przez najbliższy czas, ale... Jeśli coś się zepsuje - to siedzi we mnie taka osoba, która jest zdolna do rzeczy złych, podłych i okropnych...
Nie lubię tej osoby.
Otwieram okno.
Niech ucieknie.

Cóż... Po napisaniu tego wszystkiego jestem jednak jakby bardziej śpiący. A więc czas spróbować spać. Mam nadzieję, że mi się to uda ;)

Do napisania!

piątek, 28 czerwca 2013

Początek... nowego?

I wakacje.
Mówiąc szczerze - dzień zakończenia roku szkolnego zostanie w mojej wybiórczej pamięci jako dzień który "był", albo po prostu z niej zniknie. Zwyczajnie w moim życiu takie rzeczy jak szkoła i nauka moralnie stoją na ostatnim miejscu, mimo tego że mam dobre oceny - zawdzięczam je nie nauce, co raczej szczęściu i pamięci. A tak dziś to wstałem rano, poszedłem do szkoły, odebrałem trzy papiery i książkę, wziąłem worek z butami i to wszystko. Nie ma co o tym pisać.

Dziwnie zaś pisze mi się bloga o godzinie 21. To wcześnie jak na mnie, ale ostatnio wieczorami jestem nie do życia, więc wolę wpisać notkę wcześniej. Miałem to zamiar zrobić zresztą kilka godzin temu, ale przeszkodziła mi w tym Kinia, która wyciągnęła mnie na spacer, no i na fajkę nakłoniła, pierwszą od ferii. Ale jeden papieros chyba dramatu nie czyni, więc cóż - przypomniałem sobie ten smak, i nic więcej. Pogadaliśmy, Kinia jutro ma ciężki dzień i kibicuję jej, by wszystko poszło jak najlepiej, tymczasem ja... Tymczasem ja jutro nie będę robił nic.
Albo coś.
Jeszcze nie wiem, serio. To trudne.
Ale chyba pooddycham sobie.
Tak z nudów.

Ciekawe rzeczy działy się przez ten ostatni tydzień u mnie, naprawdę. Trochę śmierci, trochę doła, trochę radości, trochę triumfu. Wszystko i nic, moja typowa mieszanka - chyba naprawdę wróciłem do starego,  tak średnio dobrego siebie. Nawet dobrze mi z tym, jakoś tak, pierwszy raz od dawna serio dobrze mi ze sobą, choć nawaliłem ostatnimi dniami co najmniej kilka razy.

Ponadto wczoraj stało się jeszcze coś ważnego.
Powróciłaś.
I wiem już, że czytasz tego bloga - więc napiszę tą część bezpośrednio do Ciebie.

Bałem się. Bałem się swojej reakcji na Ciebie, bałem się, że będzie źle, kiedy wspomnienia zderzą się z prawdą, z Tobą. I owszem, zaczęło się źle, ale potem - coś we mnie zamarzło.
Tak jak zawsze pisząc z Tobą - coś pękało, tak wczoraj pierwszy raz naprawdę poczułem, że coś zamarzło we mnie. To samo coś, co kiedyś kazało mi krzyczeć i wyć - wczoraj nieznośnie powtarzało jedno słowo - spokój. I zachowałem spokój, i zachowuję go dziś, i cieszę się, że zbudowałem znów ten spokój w sobie wobec miłości, wobec pewnych uczuć. To było mi szalenie potrzebne, i choć nadal nie jest we mnie pełne - choć częściowo - naprawdę to mam.
Czeka Nas trochę rozmów, wiesz? Ja już wiem, o czym będę pisał, co chcę Ci napisać z głębi mego umysłu. Serca... Serca, choć Cię kocham, nie chcę i nie będę miał zamiaru w to mieszać.
Na moje serce przyjdzie jeszcze w Naszych relacjach czas. Ale nie dziś, nie teraz, nie przy tej okazji, nie przy tym epizodzie, zetknięciu Nas. 
W gruncie rzeczy, fajnie że się pojawiłaś. Bo zdałem sobie wczoraj sprawę z jednej, istotnej rzeczy...

Nastał koniec.
Koniec pewnego etapu mojego życia.
Nie, nie wczoraj - nie wiem dokładnie kiedy, ale wiem, że to stało się na przestrzeni tego miesiąca, dnia już konkretnie nie pamiętam, ale był to dzień, w którym znalazłem pewien kwiat...
I... tego dnia, od początku myślałem, że znalezienie tego kwiatu ma mi coś pokazać, to jest jakiś znak...
Nie myliłem się. Pojawiła się lawina znaków, aż w końcu pojawiła się osoba, która stanowiła cały poprzedni etap mojego życia - Ty. 
Teraz czuję zaś, że Bóg ma nowy plan, nowy plan co do mnie. Teraz czuję naprawdę, że zaczynam coś nowego w moim życiu. I cholera, nie wiem dokąd on mnie prowadzi, ale zmiany w moim życiu, umyśle, pewne znaki... To wszystko sprawia, że mam ochotę być, żyć... Dzięki tej ciekawości, cóż to za plan właśnie się dla mnie szykuje. Czuję, że to nowe rozdanie, nowe rozdanie mojego życia.
I od startu - mam tylko siebie i moją nutkę pozytywizmu - a co będzie dalej - zobaczymy, w każdym razie zmieniłem się, zmieniłem się chyba wewnętrznie mocno, choć nie czują tego ludzie, którzy piszą i rozmawiają ze mną - czuję to ja. Zmieniałem się od jakiegoś miesiąca, przeżyłem małą burzę, małe sukcesy i małe upadki... To miało mnie czegoś nauczyć - przygotować na nowe. I dziś, z tego miejsca krzyczę - jestem gotów. Jestem gotów na nowe, na nowy etap mojego życia.

A czego mi nadal brakuje? W zasadzie...  To chwilowo mam do powiedzenia tyle, że właśnie tylko tego brakuje mi do szczęścia. Choć jak złudnym słowem jest "tylko"...


Mimo wszystko - pozytywnie ;)

Dobrej nocy! :)

sobota, 22 czerwca 2013

Myśli nie pozwalające nie myśleć

Myśli, myśli tyle...

Lato. taka pierwsza piękna dygresja wczorajszego wieczora. Spojrzałem na ten rok dotychczas i zdałem sobie sprawę, że w moim wykonaniu jest on strasznie mdły. Ale jaki rok nie byłby mdły przy poprzednim, w którym to działo się najwięcej w całym moim życiu? Teraz jednak kumple nie odbierają telefonów, inni mają robotę,  ekipa z osiedla się posypała... A ja siedzę w domu i myślę... Myślę... Oby lato przyniosło jakieś znaczące ożywienie...

Czas. Taa, znów zaczynam myśleć jak staruszek... Wczoraj jechałem rowerem i spotkałem starego kumpla. Znaczy się, młodego, bo młodszego kilka ładnych latek ode mnie. Zdałem sobie sprawę, że poznałem chłopaka już ponad trzy lata temu... Wtedy był małym, radosnym smykiem, który sięgał mi do brody i latał za piłką aż się za nim kurzyło... Dziś zmienił mu się głos, przerósł mnie i nie biega już tak za piłką, woli jeździć i kibicować. I jak tak wczoraj sobie z nim gadałem - pomyślałem o tym blogu.
Ile on ma już lat? 2 i pół roku...
Ile się przez ten czas zmieniło? Damn, sporo...
-jeszcze pogorszył mi się wzrok
-z gimnazjum przewędrowałem do liceum
-nauczyłem się, jak smakuje każdy odcień miłości
-z chłopaka ulicy stałem się domatorem
-trochę się pozmieniało w moim wyglądzie
-przyjaciele, znajomi - prawie wszyscy mają tą swoją drugą połówkę

A co się nie zmieniło? Nie urosłem. Damn...

Miłość... Myśli tyle, jak było, jak być mogło, jak nie było... Tym gorzej, że Ona ma teraz na dniach urodziny, i nie mogę gdzieś z siebie wywalić myśli o tej dacie... A może mam o tej dacie nadal myśleć, a może to jeszcze nie koniec? Eh... wolałbym wierzyć jednak, że to koniec, ale nadal przebijają się przeze mnie te nieznośne myśli... Z drugiej strony zaś - coś, coś nowego, co w moim życiu mogło się zacząć - tydzień temu z hukiem się skończyło. Albo inaczej - zahamowało, ale... Ja myślę, że to jednak koniec mojego uczucia względem pewnej osoby. Co teraz więc z miłością, czy koniec uczuć? Nie wiem, krążą po mnie takie myśli, ale jest też osoba, która motywuje mnie, by tak  nie myśleć. W moim sercu znów coś się rodzi, ale boję się - boję się, że znów zbyt szybko to coś umrze. Daję sobie jednak czas, by złapać pewność, by wszystko przemyśleć. Tak bez miłości... Po tym wszystkim co miałem - nadal muszę tak żyć, a nie umiem. I nie chcę tak żyć, chcę z tym skończyć, chcę znów oddać swoje serce w czyjeś ciepłe dłonie...

Ona. Jedna, jedyna. Miała być - nie ma jej. Ale będzie, wierzę w to głęboko, że będzie... Inna. Nie kolejna, ale pierwsza, pierwsza w sercu. Choć miało być inaczej, choć chciałem by pierwsza miłość była miłością na całe życie... Z tym marzeniem muszę już skończyć, zerwać je, definitywnie odrzucić. Czas znaleźć prawdziwą miłość, i nie wiem, czy będę jej pierwszą miłością, piątą, dziesiątą... Nie wiem. Będzie się liczyło tu, teraz i to, co w przyszłości... Czy szukam? Szukam, choć delikatnie to szukam, muszę szukać by żyć, by mój cel w życiu nie był celem tylko na papierze. Czy cierpię? Cierpię - cierpię, bo nie mam. Ale... będę miał. Wierzę w to. Wiara przenosi góry, i ja chcę te góry przenosić - dla niej.

Tyle myśli... Zbliża się dołek, wiem to. Jeden dzień, przepaść, skarpa. Znam to, nie ucieknę. Pytanie co będzie dalej, następnego dnia, gdy otworzę oczy...
Myślę...
Myślę...
Nie umiem przestać.

czwartek, 20 czerwca 2013

Czy czas czekać?

Za mną znowu mała przerwa w pisaniu, podyktowana najpierw brakiem czasu a potem brakiem chęci i weny do tworzenia czegokolwiek... Ale jestem, i piszę. Będzie tym razem tak nietypowo, znaczy się... typowo dla mnie, bo:
- jasne, jakoś przetrwałem wycieczkę na Mazury i Wilno mimo moich obaw
- jasne, Wilno jest całkiem fajne
- jasne, w szkole sporo się jednak działo i fajną średnią mam teraz na koniec dzięki poprawom/dodatkowym zaliczeniom
- jasne, spotkałem ostatnio wielu fajnych ludzi, którzy chcę dzielić się ze mną swoimi troskami, problemami
I to wszystko jest jasne, i serio - nie czuję dziś chęci, by pisać więcej. Jak ktoś chce - niech pyta, ja nie biję, nie gryzę, odpowiem... ;)
Ale cóż, do rzeczy, choć oczy mi się już kleją...
Mam wątpliwości. Wielkie wątpliwości, czy nie porzucić miłosnych nadziei. Na jakiś czas, na jakiś moment nie dostrzegać we wszystkim co wokół mnie pierwiastka miłości. To on dotknął całego mnie, to on kierował moim życiem, a teraz... Może czas zdać się na los, na przeznaczenie? Może już czas zaniechać gonitwy za tym co utracone? Biję się z myślami, gdyż często utwierdzam się w przekonaniu, że mnie nie da się kochać, by potem z pierwszym lepszym dobrym dniem śpiewać pod nosem "Mogę wszystko".
Taki już jestem. I chyba naprawdę potrzebuję wyciszenia, zwolnienia, albo... miłosnego cudu.
Zobaczymy, co pokaże życie...
Rozpisałbym się bardziej, ale zasypiam - zostawię sobie krainę snów na takie przemyślenia. A resztę tutaj dopisze jeszcze później.
No nic... późno już ;)

Dobrej Nocy!

wtorek, 4 czerwca 2013

Na 105%

Tak właśnie wyglądają moje dni...
Spędzam je eksploatując się na maksa, do granic...
Pomagam ludziom, znowu, znowu pomagam zagubionym... Chciałbym pomóc każdemu. Ale nie da się, każdy ma jednego Anioła i ja mogę być Aniołem tylko dla jednej osoby, dla reszty chcę być oparciem, ucieczką... Nowym startem, światłem...
Chcę pomóc, chcę nieść nadzieję i wiarę. Nie dam rady pomóc każdemu, ale próbuję - na ile mogę - próbuję.
A dla kogo będę Aniołem? Nie wiem, w mojej głowie pojawił się mętlik... Paskudny mętlik, paskudny... Oby szybko się zakończył, i to zakończył się pomyślnie. Nie lubię ranić, nie chcę ranić... Nie chciałbym zranić... Nikogo, nigdy... I proszę Boga, bym nie zranił i tym razem.
Poza filozoficznymi rozmyślaniami - trochę pracuję w ostatnich dniach, co męczy mnie ale i cieszy - poprawa siły, kondycji... to mi się podoba. Żeby tak jeszcze przestało boleć to serce...
Ale w sumie, z piłką pod pachą, marzeniami w głowie i sercem otwartym na miłość... Będzie dobrze. Oby było dobrze dla mnie i dla wszystkich, na których mi zależy.

Dziś był zły dzień.
Zły moment, w zasadzie
Wyszło jedno z Wcieleń, ale... szybko zostało zagonione przez radość, nadzieję tam, gdzie jego miejsce - w dół, w piekło... Oby tam zostało...
Krótka notka, wiem...
Ale jest już dobrze :)
Ale i późno.
Ale czas już spać...

Dobranoc.

sobota, 1 czerwca 2013

Nic dwa razy się nie zdarza... ?

Po pierwszej w nocy...
Idealna pora na krótkiego posta ^^

Wczorajszy już dzień spędziłem na siedzeniu przy komputerze mieszanym z małymi ogrodowymi robótkami oraz wyjazdem na piłkę, śledziłem sobie burze na radarze pogodowym (swoją drogą, bardzo ciekawa sprawa, chyba zawitam sobie na stronę Łowców Burz...), pisałem z pewnymi osobami, a teraz dodaję notkę na bloga i piję Pepsi, by nie zasnąć...
Przedwczoraj, a w zasadzie także i oczywiście wczoraj byłem na osiemnastce Witasa. No, było fajnie. Ogarnąłem się normalnie, po ludzku z wszystkim i to się liczy. Impreza godna, nie powiem, szkoda tylko tej półgodzinnej nawałnicy ale w sumie poza małym przerywnikiem niczego ona nie zepsuła. Wszyscy chyba wrócili do domów w dobrych nastrojach...
No ale, nie o tym wszystkim ja tu miałem pisać...
Czy coś zdarza się dwa razy? Nie wiem, trudno powiedzieć, choć niby nigdy nic nie powtarza się dokładnie tak samo... Ale z drugiej strony "nigdy nie mów nigdy"...
Ktoś szybko wnika w mój umysł. Niczym jakiś szpieg, niby z cienia, niby z zaskoczenia - wkracza, wślizguje się. Pozwalam temu szpiegowi działać. Niech znajdzie jak najwięcej informacji, niech poskłada je w całość, logiczną całość i niech zachowa je tylko dla siebie...
Tak, tego właśnie chcę... Dziwne to, ale ponoć nic dwa razy się nie zdarza...
Ale chyba jednak to tylko mit, choć z drugiej strony nie próbowałem się jeszcze uszczypnąć...
Ałć!!!
To jednak nie mit. To już nie to samo.
To nowa historia.
Piękna?
Piękna... Mam nadzieję... Piękna historia...

Dobranoc