Zgodnie z zapowiedzią, napiszę szerzej o weekendzie.
Sobota spędzona u Karoliny. Miło było, chodzenie tu i tam, dowcipy i docinki, rzucanie się sianem, może troszkę dziecinne, ale śmieszne (lepiej nie mówić, gdzie się nim rzucałem, ale poznaję przynajmniej kawał historii naszego regionu :D ). W końcu co, nie jestem jakimś (za przeproszeniem) pieprzonym światowcem i sztywniakiem, żeby się nie powygłupiać, tym bardziej gdy jest się wsród swoich. Młody wręczył Karolinie prezencik, ja pokonspirowałem troszkę z Aldoną, ale nieszczęśliwie musieliśmy się zmyć wcześnie. Potem siedzieliśmy u Młodego, jedliśmy, słuchaliśmy muzy i dalej gadaliśmy z Karoliną, przy czym przez telefon. Robili ze mnie ostatniego głupka, ale przyzywyczaiłem się, muszę się teraz tym żartownisiom odgryźć ;).
A dziś zamiana ról - Młody u mnie. Najpierw byłem jeszcze chwilkę u Cypisa, załatwić parę błahych spraw, potem poszedłem po Młodego i z powrotem do mnie. Trochę pograliśmy w bilarda, pośmialiśmy się, wymieniliśmy durnymi filmikami z Youtuba i rozeszliśmy się. On na tydzień swoich ferii, ja na dodatkowy wypoczynek.
Chociaż wypoczynek to tutaj przesadzone słowo. Czytanie książek do miłych nie nalezy, ale na konkurs z polaka-mimo wszystko wypada (chyba). Plus jest taki, że wyleci mi sprawdzian z informatyki.
I mam wenę, więc pewnie z niedzieli na poniedziałek jakaś zwrotka wypadnie mi z głowy na papier. Zauważyłem, że prawie pełnię mamy. Lubie pełnię, nie mam z nią żadnych wspomnień, ale jest dla mnie jakaś wyjątkowa. Niczym ciche miasto nocą. Takie drobiazgi sprawiają mi przyjemność, to chyba dobrze, szkoda ze większe sprawy przyprawiają mnie o ból głowy.
W moim przypadku nie ma takiego bólu, na który nie znalazłbym lekarstwa. Więc jest ok, jutro rano przy natłoku książek niepotrzebne smutki ulecą niczym balon na wietrze.
"Jestem tam, gdzie zaniesie mnie wiatr, gdzie przywieje mnie nadzieja, gdzie zepchnie mnie szkwał. I niezależnie od warunków, niezależnie od cierpienia, zawsze, zawsze będę chciał coś zmieniać..."
niedziela, 20 lutego 2011
Króciutko
Witam w niedzielę, po raz pierwszy. Idę juz spać, następnego posta, czyli dokładny opis soboty i niedzieli, dodam za około 20 godzin ;)
Zostawiam piosenkę, która wpadła mi w ucho, coś tak czuję że długo z niego nie wypadnie.
Eminem, to wiele wyjaśnia.
"Difficult as it sounds..."
Zostawiam piosenkę, która wpadła mi w ucho, coś tak czuję że długo z niego nie wypadnie.
Eminem, to wiele wyjaśnia.
"Difficult as it sounds..."
sobota, 19 lutego 2011
Nauka ponad stan
Za dużo nauki. Za duzo. Sprawdziany, konkursy, kartkówki, zadania... Zaczyna mnie to powoli przerażać. Ja klasycznie chciałbym sobie zwolnic, a nie mogę. Trudno.
Z bardzo istotnych spraw tego tygodnia:
Arsenal wygrał z Barceloną, Lech z Bragą mimo fatalnej gry, nikt mnie specjalnie nie wkurzył oraz, dziś juz własciwie, idę do kolegi.
Typowy, szkolny tydzień.
I czemu ja w ferie byłem chory, a nie teraz???
Z bardzo istotnych spraw tego tygodnia:
Arsenal wygrał z Barceloną, Lech z Bragą mimo fatalnej gry, nikt mnie specjalnie nie wkurzył oraz, dziś juz własciwie, idę do kolegi.
Typowy, szkolny tydzień.
I czemu ja w ferie byłem chory, a nie teraz???
poniedziałek, 14 lutego 2011
Po poniedziałku.
Mimo że walentkynki-świetny dzień. Mimo małych kłopotów zdrowotnych w niedzielę dzisiaj dałem radę bronić. Mimo nienajlepszego początku ostatecznie zajęliśmy szóste miejsce. Mimo, że szóste wydaje się słabe, to ogranie klasy liceum było czyms świetnym w naszym wykonaniu. I mimo że jestem skromny, to ten wygrany mecz zagrałem kapitalnie. Poza jednyną bramka wyciągnąłem wszystko. Czyli nie jestem w tak złej formie jak myslałem... Ale życiowy mecz to był 4 lata temu i już się chyba nie powtórzy,mimo ze nie mam nic przeciwko temu : )
Co do reszty dnia... nudy do kwadratu. Poniedziałek nie jest dobrym dniem, chyba dla nikogo. Choc dziś walentynki, więc wiadomo, że wysyłane karteczki poprawiły co po niektórym humor. Ja nie wysyłałem, nie dostałem, więc jest OK jak najbardziej. Tak jak lubię, bez szumu i jakichs głupawek.
No a szkoła toczy się dalej. Jutro super nudny dzień z dwoma polakami na zakończenie. Zacytowałbym kolegę, ale nie chcę uzywać na blogu przekleństw, więc napiszę tylko, ze byłby z powodu polskiego bardzo nieszczęśliwy...
Co do reszty dnia... nudy do kwadratu. Poniedziałek nie jest dobrym dniem, chyba dla nikogo. Choc dziś walentynki, więc wiadomo, że wysyłane karteczki poprawiły co po niektórym humor. Ja nie wysyłałem, nie dostałem, więc jest OK jak najbardziej. Tak jak lubię, bez szumu i jakichs głupawek.
No a szkoła toczy się dalej. Jutro super nudny dzień z dwoma polakami na zakończenie. Zacytowałbym kolegę, ale nie chcę uzywać na blogu przekleństw, więc napiszę tylko, ze byłby z powodu polskiego bardzo nieszczęśliwy...
piątek, 11 lutego 2011
Nie wiem...
Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Teoretycznie świetny dzień za mną, wreszcie mam nowe słuchawki, pogadałem sobie z Marychą, byłem u kuzyna, i nagrałem się w cs'a za wsze czasy. Ale czuję się źle, trochę, jakbym był słaby, trochę, jakbym był przepity, trochę, jakbym był zdegustowany tym, co widzę wokół siebie. Może to dlatego, że znów zacząłem wspominać. Tylko, że teraz wspominam inaczej: nie, że było źle, tylko to, co mogło być lepsze, co było złe, co dobre. I z takiego normalnego już bilansu zawsze wychodzi mi, że skopałem. A kiedy nie skopałem, to nikt tego nie widział, nie patrzył. Z resztą, nie patrzą do dziś. Ja, z głową pod swoim daszkiem od czapki, widzę znajomych na ulicy, gadają z kimś, omijają mnie. Albo pędzą gdzieś, nie patrząc na bok, tak jak dziś. A każda rozmowa wokół mnie jest coraz bardziej pusta, każda kolejna. Tu rodzi się dziwna sytuacja, gdzyż mam już cholernie dość być zlewem dla czyichś emocji. Bo, paradoksalnie, chciałbym, żeby ze mną rozmawiano jak z każdym innym, czyli pusto, puściutko. Niestety, jestem kimś, z kim mozna pogadać szczerze, powiedzieć "Boli mnie to i to", potem podziękować za pomoc, zapewnić, że jest najlepszym kumplem, i pójść sobie do miejsca, w którym ja już nie będę w stanie dotknąć szczęścia tej osoby.Ale będę je widział i bedzie mnie to bolało. Może to i zazdrość, głęboka zazdrość z cudzego szczęścia? Może zwykła chęć otrzymania czgoś więcej niż słowo dziękuję? A może wcale nie chcę, by rozmawiano ze mną jak z każdym, i jest to przykrywka innego kłopotu?
Nie wiem, ale siedzi to głęboko.
I wspomnienia. Wspominam, moje wartosciowe wspomnienia zaczynają się od pewnej niedzieli nad Brdą, 11 lat temu, a kończą na pewnej wakacyjnej, sierpniowej nocy zeszłego roku. A co w międzyczasie? Najczęściej byłem tłem. Tłem, które chciało wyjść przed szereg i błyszczeć. Ale dało sobie spokój.
Potem zaczęło się pierwsze, dziecinne jeszcze rozmyslanie, które zrobiło mi dobrze. Trzymałem się dalej. W tak zwanym międzyczasie była krew. Dużo, dużo krwi. Znienawidzony widok, który powoli stał się normalnością, wręcz zwyczajną dla mnie rzeczą. Może własnie dlatego umiem spokojnie patrzeć na ohydne rzeczy... Mniejsza z tym, odbiegam do tematu. Pierwsze przeymślenia pomogły, ale na chwilę. Utonąłem w niezrozumiałym nawet dla mnie nałogu. Piwo stało się czymś fajnym, czymś co sprawiało, że byłem normalny. A fajki? Mało dymu, mało szkody. Szlajanie się? Nic niezwykłego, integracja z rówieśnikami. Po roku zrozumiałem, co gadałem,i co robiłem. Przestałem. I słusznie. Ale pojawiła się pustka, która trwa do dziś. Brakuje mi po prawdzie i jakiejś osoby, i jakiegoś zajęcia, choć bardziej tego pierwszego. Drugim może być rap, to on, powoli, dźwiga mnie w górę, wypełnia pustkę. I mimo to zdarzają się dni takie, jak ten, który już za mną.
Tłumaczę sobie, że to normalne, wielu tak ma. Ale gdy patrzę wstecz rozumiem, że nie-zbyt wielu tak jednak nie miało.
Czasem jest jak u Eminema w piosence: "Too late for the other side, caught in a chase, twenty five to life..."
A czasem jak u mnie: Tak miło i lekko, wsród całego piękna, które nagle ucieka, gdy skupiam się na wczorajszej burzy.
Patrząc na te słowa, chcę, by było jakoś inaczej.
Teoretycznie świetny dzień za mną, wreszcie mam nowe słuchawki, pogadałem sobie z Marychą, byłem u kuzyna, i nagrałem się w cs'a za wsze czasy. Ale czuję się źle, trochę, jakbym był słaby, trochę, jakbym był przepity, trochę, jakbym był zdegustowany tym, co widzę wokół siebie. Może to dlatego, że znów zacząłem wspominać. Tylko, że teraz wspominam inaczej: nie, że było źle, tylko to, co mogło być lepsze, co było złe, co dobre. I z takiego normalnego już bilansu zawsze wychodzi mi, że skopałem. A kiedy nie skopałem, to nikt tego nie widział, nie patrzył. Z resztą, nie patrzą do dziś. Ja, z głową pod swoim daszkiem od czapki, widzę znajomych na ulicy, gadają z kimś, omijają mnie. Albo pędzą gdzieś, nie patrząc na bok, tak jak dziś. A każda rozmowa wokół mnie jest coraz bardziej pusta, każda kolejna. Tu rodzi się dziwna sytuacja, gdzyż mam już cholernie dość być zlewem dla czyichś emocji. Bo, paradoksalnie, chciałbym, żeby ze mną rozmawiano jak z każdym innym, czyli pusto, puściutko. Niestety, jestem kimś, z kim mozna pogadać szczerze, powiedzieć "Boli mnie to i to", potem podziękować za pomoc, zapewnić, że jest najlepszym kumplem, i pójść sobie do miejsca, w którym ja już nie będę w stanie dotknąć szczęścia tej osoby.Ale będę je widział i bedzie mnie to bolało. Może to i zazdrość, głęboka zazdrość z cudzego szczęścia? Może zwykła chęć otrzymania czgoś więcej niż słowo dziękuję? A może wcale nie chcę, by rozmawiano ze mną jak z każdym, i jest to przykrywka innego kłopotu?
Nie wiem, ale siedzi to głęboko.
I wspomnienia. Wspominam, moje wartosciowe wspomnienia zaczynają się od pewnej niedzieli nad Brdą, 11 lat temu, a kończą na pewnej wakacyjnej, sierpniowej nocy zeszłego roku. A co w międzyczasie? Najczęściej byłem tłem. Tłem, które chciało wyjść przed szereg i błyszczeć. Ale dało sobie spokój.
Potem zaczęło się pierwsze, dziecinne jeszcze rozmyslanie, które zrobiło mi dobrze. Trzymałem się dalej. W tak zwanym międzyczasie była krew. Dużo, dużo krwi. Znienawidzony widok, który powoli stał się normalnością, wręcz zwyczajną dla mnie rzeczą. Może własnie dlatego umiem spokojnie patrzeć na ohydne rzeczy... Mniejsza z tym, odbiegam do tematu. Pierwsze przeymślenia pomogły, ale na chwilę. Utonąłem w niezrozumiałym nawet dla mnie nałogu. Piwo stało się czymś fajnym, czymś co sprawiało, że byłem normalny. A fajki? Mało dymu, mało szkody. Szlajanie się? Nic niezwykłego, integracja z rówieśnikami. Po roku zrozumiałem, co gadałem,i co robiłem. Przestałem. I słusznie. Ale pojawiła się pustka, która trwa do dziś. Brakuje mi po prawdzie i jakiejś osoby, i jakiegoś zajęcia, choć bardziej tego pierwszego. Drugim może być rap, to on, powoli, dźwiga mnie w górę, wypełnia pustkę. I mimo to zdarzają się dni takie, jak ten, który już za mną.
Tłumaczę sobie, że to normalne, wielu tak ma. Ale gdy patrzę wstecz rozumiem, że nie-zbyt wielu tak jednak nie miało.
Czasem jest jak u Eminema w piosence: "Too late for the other side, caught in a chase, twenty five to life..."
A czasem jak u mnie: Tak miło i lekko, wsród całego piękna, które nagle ucieka, gdy skupiam się na wczorajszej burzy.
Patrząc na te słowa, chcę, by było jakoś inaczej.
czwartek, 10 lutego 2011
Ponad moje siły...
Kondycja mi siada. Zwykłe kółko rowerem sprawiło mi dziś niesamowity kłopot. A teraz padam już dosłownie na twarz. Jak zacząłem korzystac z ferii to grubo przesadziłem jesli chodzi o eksploatowanie samego siebie. Chciałbym odwiedzić tylu ludzi, pójść w tyle miejsc, ale nie da się. A najważniejsze dla mnie osoby gdzieś mi ciągle uciekają. Wolny czas także wymaga wyrzeczeń. Teraz czeka mnie wybór psa. Nie byłem entuzjastą tego pomysłu mojej mamy, ale nowy lokator z pewnością zapewni mi troszkę zajęcia na popołudnia. Do tylu zmian przywykłem, to chyba pies nie bedzie dla mnie wyzwaniem :)
Jutro do kuzyna, pojutrze też możeś jadę, w sobotę do kumpla lub na spacer a w niedzielę podwójna żałoba: Koniec ferii + Walentynki.
Super-poniedziałek. Ale jak kazdy, przebolę i zapomnę...
Jutro do kuzyna, pojutrze też możeś jadę, w sobotę do kumpla lub na spacer a w niedzielę podwójna żałoba: Koniec ferii + Walentynki.
Super-poniedziałek. Ale jak kazdy, przebolę i zapomnę...
wtorek, 8 lutego 2011
Nie ma zmiłuj...
Pewna osoba dziś mnie zdenerwowała. Mam taką jedną zasadę: wolę ludzi, z którymi nie podpisuje się żadnego pokoju, od ludzi, którzy podpisany pokój łamią. I dziś właśnie ta druga sytuacja mnie spotkała. Obiecuję samemu sobie uroczyście, że drugiej ugody nie będzie. A jesli już, to na moich warunkach. Nie ma zmiłuj. Ludzie sa fałszywi, i to jak bardzo. Ja stawiam sprawę brutalnie, ale jasno: Game Over.
A reszta dnia... Bardzo miła. U kuzynostwa ucierpiało zdjęcie Oskara. Reanimacja niczego nie dała, ale przynajmniej się starałem. Pogrzebu w ogródku jednak nie będzie, nie te czasy, przeszła mi ochota do babrania się w piachu. A co zrobi z tym zdjęciem Dominika-jej problem, mam nadzieję, że przy nastepnej okazji nie dostanę nim w twarz, tak jak to było dziś z piłka tenisową. Oberwałem, czyli typowy dla mnie towarzyski incydent. Ze mną to tylko do kabaretu... ;)
A reszta dnia... Bardzo miła. U kuzynostwa ucierpiało zdjęcie Oskara. Reanimacja niczego nie dała, ale przynajmniej się starałem. Pogrzebu w ogródku jednak nie będzie, nie te czasy, przeszła mi ochota do babrania się w piachu. A co zrobi z tym zdjęciem Dominika-jej problem, mam nadzieję, że przy nastepnej okazji nie dostanę nim w twarz, tak jak to było dziś z piłka tenisową. Oberwałem, czyli typowy dla mnie towarzyski incydent. Ze mną to tylko do kabaretu... ;)
poniedziałek, 7 lutego 2011
Ciąg dalszy nastąpił...
... czyli katar reaktywacja. Może się cofnie, oby. W niedzielę, mimo wyraźnego lenia, poszedłem na spacer, widziałem znajomych, którzy także skorzystali z okazji, czyli ładnej pogody. Heh, mniej niż środek lutego, a w powietrzu wiosna. A w marcu zapewne zima i mróz, kwiaty pomarznięte... Takie to juz dziwy się dzieją.
Ogólnie to nie mam niczego ciekawego do napisania, moja dobrze zapowiadająca się piosenka stanęła w miejscu. Muszę znowu złapać dobry nastrój, wtedy może ją skończę. Może...
Ogólnie to nie mam niczego ciekawego do napisania, moja dobrze zapowiadająca się piosenka stanęła w miejscu. Muszę znowu złapać dobry nastrój, wtedy może ją skończę. Może...
czwartek, 3 lutego 2011
Katarek
No i jestem chory. W ferie...Jakie to dla mnie klasyczne. Całe szczęście, że nie planuję żadnych dalekich wypadów, wyjazdów czy czegoś w tym stylu. Zazwyczaj spedzam ferie w domu, i to się nie zmieni, chyba że koledzy mnie dokądś zagonią. Ale nawet niezbyt mam na to chęć, przynajmniej na teraz.
Znów dużo rozmyślam, wsłuchuję sie w rap, zbieram swoje postrzępione mysli i staram się złozyć je w całość, która nie kłóci się ze sobą w żadnym segmencie.Tylko że tak chyba się nie da. Za dużo jest ludzi wewnątrz mnie, wskazuje na to takze tytuł mojego bloga jak i nazwa użytkownika. Gdy biorę się za cos, Ci ludzie myślą oddzielnie, każdy ma swoje 5 minut i to działa na moją niekorzyść, bo rzadko się dogadują, a jesli już, to kompromis jest zły. I wybrałbym już dziś jedynego siebie, ale tak się nie da, to tak jakby wyrwać kawał mojej osobowości i wyrzucić ją do śmieci. Myślę, że niektórzy wiedzą, o czym piszę.
W takiej sytuacji jestem zmuszony dawać jakieś ujście wszystkim swoim wcieleniom. I jednym z tych ujść jest ten blog. Lepszym są teksty, ale ich nikt nie chciałby dokładnie przeczytać, a bloga już bardziej, tak mi się zdaje.
No a teraz piosenka o tym, co napisałem powyżej.
Dobrej nocy
Znów dużo rozmyślam, wsłuchuję sie w rap, zbieram swoje postrzępione mysli i staram się złozyć je w całość, która nie kłóci się ze sobą w żadnym segmencie.Tylko że tak chyba się nie da. Za dużo jest ludzi wewnątrz mnie, wskazuje na to takze tytuł mojego bloga jak i nazwa użytkownika. Gdy biorę się za cos, Ci ludzie myślą oddzielnie, każdy ma swoje 5 minut i to działa na moją niekorzyść, bo rzadko się dogadują, a jesli już, to kompromis jest zły. I wybrałbym już dziś jedynego siebie, ale tak się nie da, to tak jakby wyrwać kawał mojej osobowości i wyrzucić ją do śmieci. Myślę, że niektórzy wiedzą, o czym piszę.
W takiej sytuacji jestem zmuszony dawać jakieś ujście wszystkim swoim wcieleniom. I jednym z tych ujść jest ten blog. Lepszym są teksty, ale ich nikt nie chciałby dokładnie przeczytać, a bloga już bardziej, tak mi się zdaje.
No a teraz piosenka o tym, co napisałem powyżej.
Dobrej nocy
wtorek, 1 lutego 2011
Wytańczony...
Oj, długo mnie nie było.
Jeszcze 2 lata temu wytłumaczenie byłoby proste: napiłbym się na tej imprezie. Ale całe szczęście ten etap mam za sobą.
Piątek, impreza. Nawet fajnie było, tylko że atmosfera siadła. To prywatne sprawy znanej mi osoby, więc nie będę ujawniał, ale znowu dużo się nauczyłem. Czasami lepiej nie łapać dwóch srok za ogon, bo obydwie mogą odlecieć z hałasem, albo po cichu. Tak to jest...
Weekend po imprezie spokojny, a potem, w poniedziałek, Witas u mnie na noc. Pomijając zimno i mój katar to wszystko było ok. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach, szczerze, a i odświeżenie pamięci dobrze robi.
Zabawnie to brzmi, ale błędy młodości były głupie. A dziś wzięło mnie na piosenkę, i to chyba jedną z lepszych, jakie napisałem. Trochę mniej smutno niż ostatnio, ale to i tak nie jest pełnia szczęścia. Może wzięło się to stąd, że odkryłem niby prosty, ale jednocześnie mocno martwiący fakt. Otóż wszyscy znajomi w grupie zmieniają się nie do poznania. I jest mi smutno, bo ja nie lubię szpanować lub odgrywać kogoś innego w grupie, a wszyscy tak robią. Kultura masowa odcisnęła wielkie piętno na nas i to może się źle skończyć w przyszłości. Ja za swoje głupoty się wstydzę. Umiem przyznać się, gdy coś palnę i nie odwracam kota ogonem. A wiele osób stara się byc fajnym na sile, w dodatku wmawiając sobie, ze wszystko co robia, jest spoko. Oj, ile razy ja się smialem z takich osób. Bo to jest zalosne, szczególnie na nie patrząc gdy coś wkrecają i myslą, że im się udaje. Megalomania tez postępuje, co widać wyraźnie.
Ech, po co pisać o prostakach? Jakos zawsze sam z siebie schodzę na takie tematy, jakbym mial się za idealnego.
No nie, jeśli ktos odniosł takie wrażenie, to tak nie jest ;)
Jeszcze 2 lata temu wytłumaczenie byłoby proste: napiłbym się na tej imprezie. Ale całe szczęście ten etap mam za sobą.
Piątek, impreza. Nawet fajnie było, tylko że atmosfera siadła. To prywatne sprawy znanej mi osoby, więc nie będę ujawniał, ale znowu dużo się nauczyłem. Czasami lepiej nie łapać dwóch srok za ogon, bo obydwie mogą odlecieć z hałasem, albo po cichu. Tak to jest...
Weekend po imprezie spokojny, a potem, w poniedziałek, Witas u mnie na noc. Pomijając zimno i mój katar to wszystko było ok. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach, szczerze, a i odświeżenie pamięci dobrze robi.
Zabawnie to brzmi, ale błędy młodości były głupie. A dziś wzięło mnie na piosenkę, i to chyba jedną z lepszych, jakie napisałem. Trochę mniej smutno niż ostatnio, ale to i tak nie jest pełnia szczęścia. Może wzięło się to stąd, że odkryłem niby prosty, ale jednocześnie mocno martwiący fakt. Otóż wszyscy znajomi w grupie zmieniają się nie do poznania. I jest mi smutno, bo ja nie lubię szpanować lub odgrywać kogoś innego w grupie, a wszyscy tak robią. Kultura masowa odcisnęła wielkie piętno na nas i to może się źle skończyć w przyszłości. Ja za swoje głupoty się wstydzę. Umiem przyznać się, gdy coś palnę i nie odwracam kota ogonem. A wiele osób stara się byc fajnym na sile, w dodatku wmawiając sobie, ze wszystko co robia, jest spoko. Oj, ile razy ja się smialem z takich osób. Bo to jest zalosne, szczególnie na nie patrząc gdy coś wkrecają i myslą, że im się udaje. Megalomania tez postępuje, co widać wyraźnie.
Ech, po co pisać o prostakach? Jakos zawsze sam z siebie schodzę na takie tematy, jakbym mial się za idealnego.
No nie, jeśli ktos odniosł takie wrażenie, to tak nie jest ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)