środa, 14 września 2011

Tyle, aż tyle, by roztopić lód...

Witam.
Przez ostatnie dziesięć dni pokłóciłem się z jedną osobą, jedną zawiodłem, jedną pocieszałem, z jedną zaczęły się tarcia, z wieloma osobami grałem w piłkę, z wieloma osobami z klasy rozmawiałem, zsotałem też osobą z jednyną w swoim rodzaju funkcją...
Ale to nieistotne, to wszystko ujdzie z mojej pamięci niczym śnieg znikający na wiosnę, ustępujący miejsca czemuś innemu, czemuś co przekształci się w piękne pejzaże...

"Nadzieja
To ona nadeszła rozbijając wszelkie inne myśli
To ona tworzy piękne widoki
To ona zabiera mi noce...
Nadzieja
To ona była zawsze jakby sztuczna
To ona teraz podeszła bliżej
To ona jest jedynym zmartwieniem i szczęściem...

Nadzieja
To ona,
to ja,
to Ona.
To my, we trójkę.
To my, pragnienia, marzenia, sny
Ich stworzyciele...
Dwoje ludzi
A także Ty...
Nadzieja."

Od kilku dni przestałem posiadać imię, nazwisko, wiek, wzrost, wagę, rodzinę, dom... To wszystko gdzieś jest, ale tam. Tam, gdzie byłem, zanim przyszedłem tu. A tu jestem ja, mam tylko sny, słowa, łzy.
I nadzieję...

Coś, co w moim wydaniu od jakiegoś czasu było obce. Istniało dla innych, ale dla mnie było marą. Teraz nadzieję ktoś przyniósł. Nie chciał tego robić, nie spodziewał się tego. Ale to się stało.
I ja też miałem w sobie resztkę tego uczucia. I oddałem je, oddałem je idąc po omacku. I gdy już miałem się zagubić w wiecznym labiryncie smutku, ktoś podał mi dłoń. Poszedł ze mną. Nie opuścił dopóki nie znalazłem jej. Upragnionej nadziei. Lecz zastanowiłem się. Dlaczego w zasadzie to mi się udało. Wtedy zobaczyłem twarz osoby, która mnie poprowadziła. Była pełna nadziei. Mojej, tej której oddałem...

I teraz mam nadzieję.
Mam nadzieję, że dalej pójdą z tą osobą, z Tobą. Że nie raz wspólnie zaśmiejemy się, upadniemy... Mając nadzieję... nie, wiedząc, że czeka Nas też jutro. I jutro, skoro świt, obudzimy się, dotkniemy swych dłoni i powiemy: Dziękuję...



I wiedz, będę tu czekał na Ciebie.
Choćby wiecznie, choćby po śmierci.


Dziękuję za Twoją nadzieję...
Dobranoc.

poniedziałek, 5 września 2011

Koniec ostateczny.

Ten weekend był dla mnie przedłużeniem wakacji. I ostatnim ich tchnieniem jednocześnie. W sobotę ognisko rodzinne i powrót do przeszłości, których w moim życiu coraz więcej. W niedzielę szalony rajd po miescie z piłką na bagażniku poszukując miejsca, gdzie można ją pokopać. Potem malowiczy plener z zachodem słońca i powrót do domu. Tak, wakacji koniec dzisiaj nastał.
A jakie one były? Byłyby nudne, jednak kilka wydarzeń i osób je rozjaśniło i przyciemniło. Były niezpomniane, bo zmieniły mnie jako człowieka. Były zwykle, bo jak zwykle nie wykonałem 100% normy. Były intensywne, bo cały czas znajdowałem się w ruchu. Poznałem nową ciekawą osobę, która daje mi rzeczy dawnej odebrane przez fałszywych przyjaciół i kpiących zarozumialców, czyli wiarę w to, że moja słowa są dla kogoś absolutnie poważne. Po kilku latach miałem okazję rozmawiać z paroma osobami. Jedni zmienili się znacznie, u innych nie znalazłem zmian. A więc były to też wakacje pełne kontrastu, radości i smutku, spokoju i nerwowości. I właśnie dlatego były dobre. Nie najlepsze w moim życiu, ale ich pozycja jest wysoka.
A co teraz? Nowa klasa, nowy rok, paru nowych nauczycieli. Poznałem juz kilka osób lepiej, z niektórymi złapałem dobry kontakt a z Kasią zaczęliśmy się chyba nawet dobrze rozumieć :) No, przynajmniej narazie tak jest, być może znajdzie sobie kolegów/koleżanki, którzy mają "więcej fejmu niż Dre" i wtedy pójdę w odstawkę. Ale trudno, póki co dobrze jest.
Wstaję, zasypiam, wstaję, jem śniadanie, wyciszam telefon, zakładam słuchawki na uszy, wsiadam na rower i niestety... pora ruszyć.
Ale poznam wielu nowych ludzi, kto wiem, może któryś z nich będzie odpowiednim człowiekem w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu. Może tak będzie, może nie. Jakkolwiek szkołę czas zacząć.
Ale już twierdzę, że w sumie lepiej byłoby ją skończyć... ;)


A ta oto piosenka będzie mi towarzyszyła w drodze do szkoły. Długo kawałka w takim stylu szukałem mówiąc szczerze. I jest.
Idealny na poniedziałek, 7:50 i wejście do szkoły ze świadomością, że przede mną 35 godzin harówki przez najbliższe pięć dni.
Brzmi bardzo...
Poztytywnie... ;)

Dobrej Nocy :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Noc skrócić czas

29 sierpień, dwa dni wakacji do rozpoczęcia roku roku szkolnego 2011/2012. A ferie zimowe w lutym. Kapitalnie.

Dla mnie tak naprawde początek szkoły nastąpi gdzieś pod koniec wrzesnia, ale formalnie to już za 50 godzin nadejdzie ten znienawidzony dzień.
Wakacje jeszcze przeanalizuję na blogu jako całość, ale zdecydowanie niedawne wydarzenia mają na nie wiodący wpływ. Zrobiłem coś głupiego. Najgłupszą rzecz w życiu. Ale czasem lepiej dostać nauczkę wcześniej niż później. Teraz wycofuję się na swoją pozycję przy ścianie, w ciszy, w spokoju wewnętrznym. Bo po mnie wydarzenie owo, o którym tutaj dokładnie nie wspomnę, spłynęło. Gorzej jednak, jesli niektóre osoby się o nim dowiedzą...
Ponadto wczoraj byłem w Toruniu, dzięki długiemu spacerowi wypróbowałem nowe buty (ocena ode mnie: 4, jeszcze nie leżą idealnie) i spędziłem miło dzień. Dzisiaj znowu złapała mnie ulewa w mieście. Takie już moje szczęście. Jutro spotkanie nowej klasy. Heh, ciekawe jaka ona będzie... w sumie chciałbym aby była inna niż poprzednia. Bo człowiek musi nabierać nowych doświadczeń aby w przyszłości nic nie mogło go zaskoczyć.
No i ciekaw jestem z kim będę miał matmę. Musze w końcu zrealizować zakład, przypomnieć się i z usmieszkiem szelmy ogłosić, że wygrałem ;)

sobota, 13 sierpnia 2011

Rozkręcanie zakręconej machiny.

Jestem po imprezie osiemastkowej u Marysi. Dobrze było, spokojnie, w małym sprawdzonym gronie.
W poprzednim poście rozpisałem się mocno o tym, więc teraz czas na sprawy jeszcze bardziej zaległe. O ile mnie pamięć nie myli, to te wakacje zalicze do monotonnych ze względu na powtarzający się schemat: Wstaję, sniadanie, komputer, telewizor, gazeta, obiad, telewizor, osiedle, przejażdżka rowerem, osiedle, dom, kolacja, komputer, "Piłka Nożna, sen. I tak było bardzo często.
A nowości? Kilka znajomości i "odkurzenie" Bruna za sprawą Młodego. Ale nie oszukuję się, mogę być jego kumplem, lecz do przyjaźni zbyt daleko, mamy całkiem odmienne charaktery, interesy i sposób bycia. Ale cieszę się że dawne przyzwoite kontakty odnowiliśmy. Kilka razy chodziłem z kimś bez celu, nasłuchalem sie magicznych opowieści, zaliczyłem nocny spacer po północy, trochę piłki (mniej niż się spodziewałem przed wakacjami, tu zaskoczenie). Przejechałem się też z Kingą rowerami, ugadałem na rolki i wałkuję ten domek...
Dużo a jednocześnie mało. Przy okazji iPod zaczął działać, a więc wiem jak będę spędzał przerwy w szkole.
Trzeba kupić podręczniki, plecak, przybory, w środę jazda do Bydgoszczy, nie trzy po trzy, muszę zgadać się z Witasem na końcówkę wakacji (jeśli to czytasz, chodzi o ognicho, chyba wspominałem kiedyś), pomalować płot, pójść na rolki, wykorzystać dwa ostatnie wtorki, dać komuś trochę satysfakcji, potem nagły zwrot akcji: szkoła, lecz czy przed nią wszystko zrobić zdołam?
Jak narazie zajmują mnie rozmowy z kimś, kto wypełnił moją pustkę.
Mam nadzieję, że na długo.
 I z wzajemnością...

Dobrej nocy.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Już sierpień...

Tak, nie lubię o tym wspominać, ale owszem: wakacje się kończą.
Na dłuższe podsumowanie przyjdzie czas potem, a narazie krótko. W te wakacje brakuje mi jakiegoś dreszczyku emocji i dobrej pogody, ale i tak uważam je za udane. Pewna osoba może sprawić, że staną się jeszcze lepsze, ale to sfera domysłów na chwilę obecną.
Akurat ten deszczowy tydzien może okazać się zbawieniem - musze malować plot, a kompletnie mi się nie chce. Z resztą, odstałem już przez to szlaban, ktory zapewne skutecznie będę wymijał. W piatek podróż do Marka, który z resztą w zeszłym tygodniu także u mnie był (chyba nie wspominałem o tym) a jutro jest impreza u Marysi, osiemnastka...
Kurczę, ale ten czas leci...
"Jeszcze niedawno tacy mali,
niedawno szalone, roześmiane dzieci,
teraz jedno z nas dorosłe,
drugie już w liceum siedzi...
Chciałbym odtrutkę na wiek, nie,
nie ma takiego serum,
pozostają wspomnienia,
po wspólnych chwilach wielu..."
Tak, razem dorastaliśmy, razem przeżywaliśmy problemy, razem się śmialiśmy. I choć teraz nasze drogi się rozchodzą, nadal jesteśmy dla siebie bardziej przyjaciółmi niż rodziną. To coś ponadczasowego, bo kiedyś byliśmy my dwoje i nasz świat zamknięty w dwóch hektarach. Dwóch hektarach budynków, drzew, pól, łąk... Oboje wiele sobie zawdzięczamy i choć pękła pierwsza z granic nie mogę się smucić. W końcu tyle jeszcze przed nami, a jeden dzień nie może stanowić muru, bariery.
Jakkolwiek, dzięki za to, co za nami, i oczywiście proszę o więcej ;)
A teraz o przyjaźni, bo ta z Tobą to najlepsza, jaka mi się trafiła...
Dobrej nocy.


P.S. teraz moje wpisy powinny być częstsze, i przez szkołe i przez fakt, że coraz to więcej się dzieje, koniecznie musze opisać ostatnie osiedlowe wydarzenia.

środa, 27 lipca 2011

A w przerwach między chmurami...

Ciągle pada. Ciągle i ciągle i... Błech, mam tego dość. A kiedy nie pada jest zabawa.
Ostatnio często jeżdzę w nowe dla siebie miejsca, chodzę, schodzę, skaczę, jadę... Lubię odkrywać, a jest to miłe tym bardziej z chłopakami, kiedy do głowy wpada wiele, czasem szalonych, czasem zabawnych, pomysłów. Rower znowu ostro idzie w ruch, przeplatam to wizytami u Arasa (dziś, po robocie, rąk nie czułem) i pojedyńczymi wizytami , na przykład u Patryka.
Osobiście czuję, że mam w sobie wulkan energii. Muszę go jakoś szybko rozładować. Z powodu tego deszczu co drugi dzień jest stracony niestety. Ale to tu, to tam, coś się kręci, żaden zastój nie może być wieczny. W sumie przytłaczają mnie oczekiwania innych wobec mnie. To, że mam wakacje, nie oznacza, że jestem 24 na 7 do dyspozycji. W przyszłym tygodniu pojeżdżę sobie na Orlika i pokopię troszkę w nogę.
Te wakacje są o tyle przyjemne, że dotychczas nie miałem na to czasu, bo jestem ciągle w ruchu.
Albo ewentualnie w deszczu...

piątek, 15 lipca 2011

I tak powoli mija czas...

I wkacje też.
Ostatnio nadal jest dość rozrywkowo, Witas wrócił a więc o jedną osobę do pogadania i pośmiania się więcej, byłem dziś nad jeziorem z Cypisem, zimno jednak strasznie ze względu na wiatr, a poza tym zwykłe, osiedlowe zajęcia. Rozkład jazdy na najbliższy czas to prawdopodbnie częstsze wizyty  na Orliku i u Arasa. Dawno nie grałem w piłkę na naszych cudnych obiektach, a Wiśnia jest mi winien jakiegoś meczyka. A z Arasem trzeba skończyć dach.
Wyjazd do Warszawy chyba nie wypali. W zasadzie nie wiem, czy to dobrze czy źle. Ciągnie mnie tam trochę ze względu na sklepy oraz towarzystwo moich kolegów ale dobrze wiem, że prędzej czy później ktoś wpadnie na jakiś przypał. A po pewnej majowej nocy powiedziałem sobie, że przypałów narazie dość, i całkiem skutecznie tego się trzymam.
Nic nie jest pewne, ale zła, długa niepewność jest już lepsza od złej, szybkiej pewności.
No to do zobaczenia ;)

sobota, 9 lipca 2011

Kontakt się urwał. Nieładnie.

Jestem po nocnej imprezie z Młodym i wizycie nikodema. Jak widać, wakacje się rozruszały, Młody wrócił to i w okolicy narasta ruch. Zrobilismy sobie nockę, niestety wypadła Fryta (szkoda gadać) i Rusek (nie mam pretensji, dowiedział się 24 godziny wcześniej :D). Gadaliśmy, oglądaliśmy filmy, poszliśmy na miasto o północy... Było spoko, lubię sie tak rozluźnić. Wcześniej budowałem u Arasa bramkę. Ah, te skoki przez płoty i poziomki... to jest to. Skoro nam tak szybko z bramką poszlo, to może my dokończymy te wszystkie stadiony? We trzech napewno dalibyśmy radę ;)
Ogólnie mam dziś dobry humor. Przekładało się to na cały dzień. Jeden z nielicznych takich dni, w których wszystko mi pasowało...
Cóż, częstotliwość wpisów spadła mi drastycznie, ale to zrozumiałe. Wakacje to mało czasu. Paradoks?
Nie, po prostu z nich korzystam ^^
A teraz kawałek, wiadomo, te stare dobre czasy, składy...
I klimat refrenu.
Bajka...
Dobrej nocy ;)

wtorek, 28 czerwca 2011

W limitach wszelakich

Zaczyna się rozkręcanie wakacji, powolne, bo w pierwszych dniach raczej się obijałem.
Teraz codziennie prawie gram w piłkę, jutro wpadają Wioleta z Justyną, to też sobie popykamy, w środę mam zaproszenie na orlika, a w czwartek... w czwartek coś się wykombinuje ;)
Spędzam wolny czas u Arasa - z nim, Lidką i chłopakami z politechnicznej - albo przed komputerem/telewizorem. Ewentualnie wpadam, (w wiadomym celu) na orlika. Teraz dojdą mi może rolki z Alą. To będzie kabaret, ale cóż... trzeba próbować.
Jutro ranna pobudka i na targ po... różne rzeczy, a potem obejrzę sobie z kim przyjdzie mi się od września użerać. Nie będę prosił Boga czy kogokolwiek, by nie było tam nikogo przeze mnie nielubianego, bo wiem, że takie osoby będą.
Pytanie tylko ile.
Cóż, cieszmy się wakacjami, dwa miesiące przed nami ;)

piątek, 24 czerwca 2011

Time to say "Goodbye".

Cóż, po trzech latach trzydziesci trzy osoby rozchodzą się. Każda w swoją stronę, kazda ze swoimi marzeniami, planami. Niektóre spotkają się we wrześniu, inne rozłączą się na długie lata, by potem wspominać wspólnie stare, dobre czasy. Kolej losu, płynący czas - mówią za nas "Koniec".
17.00 - Zakończenie w szkole.
Najpierw świadectwa. Tak, ponoć bylismy najlepsi.
Ponoć najbardziej uśmiechnięci, weseli, bezpośredni.
Podobno nikt nie miał takiej siły przekonywania.
I wszyscy będą tęslnić za nami.
A ja z miłą chęcią powiem we wrześniu tym samym nauczycielom "Dzień Dobry". Niech wiedzą, ze mnie się łatwo nie pozbędą, a poza tym zostawiłem tu jeden, niedokończony zakład. Honorowo byłoby wygrac i zgłosić się po nagrodę ;) Wracając do tematu, troszkę chodzenia po różne różności było. Pożegnania z nauczycielami, nasze wierszyki(kapitalne zresztą) i film, potem chwilowy powrót do domu.
19.00 - Bal zakończeniowy.
No i nasze ostatnie pięć godzin, pięć godzin tańca, rozmów i zdjęć. Muzyka była dobra, w sam raz dla każdego. Menu w porządku, okraszone cukierkową niespodzianką. Tańczyłem troszkę, potem nie miałem sił i chęci. Poprosiłem o kilka zdjęć z najważniejszymi osobami. Może kogoś pominąłem, ale cóż... Mówili o mnie, ze byłem fajny, to trzeba było mnie do zdjęcia prosić. A ja wychodzę z prostego zalożenia "Nie to nie". Widać nie jestem wystarczająco POP-ularny. Przeżyję to jakoś.
Natomiast koło 23.30 nastąpiła osobliwa rzecz.
Usiadłem przy stole, obok szła Jagoda. Zatrzymałem ją, poprosilem abyśmy pogadali. W 5 minut z naszej dwójki zrobiła się ponad dziesięcioosobowa grupka. Zdecydowanie, potrzebne nam były rozmowy, wspomnienia, nawet bardziej niż taniec. Bo i osoby, które tam siedziały, w trakcie pozegnań nie płakały. To było łatwe do wytłumaczenia. My już coś sobie wyjaśniliśmy, mieliśmy czas na przetrawienie emocji. Płacz nie jest czymś złym, nie. Jednak niektórzy umieli nad nim w prosty sposób zapanować.
24.00 - Pożegnania.
Ryk na calego. Setki wspomnień nadeszły, więc było to nieuniknione. Z każdym musiałem się pożegnać, to raczej obowiązek. Niektóre dziewczyny rozpłakały się wcześniej, inne później, dwie nawet żegnając się ze mną. Paru chłopaków tez ponoć beczało. Widać, że ta klasa miała "to coś", do końca trzymalismy się razem...
Podsumowując: z niektórymi już się spotkałem w wakacje, z innymi przyjdzie mi rozmawiać, a część będę łapał na telefon bądź gg. Chciałbym pamiętać i przypominać się. Bo choć we mnie nie tkwi nigdy wielki sentyment do ludzi, to jednak doceniam, że tworzylismy wyjątkowy twór. I większość z nas myślami powróci w te trzy lata, klasowe wycieczki, wigilię pod balokonem, kłótnie i śmiechy.

A ja?
Ja idę do przodu.
Teraz mam wakacje, we wrześniu znów szkoła. Wejdę do niej, uśmiechnę się na widok znajomych, skrzywię się na widok planu i wieści o pierwszym sprawdzianie, nawiążę nowe znaojmości i odnowię stare, przetrwam wzloty i upadki, semestry i jedynki, dotrę do matury, studniówki, zakończenia...
I pójdę dalej.

Ta, dziękuję i przepraszam.
Proszę o więcej.
A teraz idę, zostawiam piosenkę.
Jej mocą jest to, że jest niezrozumiała....
I taka jest właśnie moc przemian.

Są nieokreślone, ale zawsze przynoszą chwile, które zapamiętasz...


"And I get nosebleed.
But I always get up..."

Do zobaczenia...