Witam ponownie.
Cóż, koniec wakacji nastąpił. Stwierdzam u siebie zaniki pamięci, ale opisując wakacje muszę powiedzieć, że były one raczej udane. Nie wymarzone, ale udane.
Minusy to mało kąpieli w jeziorze i za dużo siedzenia przy komputerze porankami oraz odpuszczenie sobie planowanych treningów.
Plusy to spędzanie czasu ze znajomymi. W zasadzie cały czas coś się działo. Oraz, rzecz jasna, moja podróż do Warszawy, albo raczej, do Niej...
Był także biwak, ogniska, gra w piłkę, rowerowe przejażdżki, grzybobrania, urodzinki, pełny przekrój... Dobre wakacje, bez dwóch zdań...
I szkoła - koniec bajki, czas zabrać się do pra...
Dobry żart ;]
Ale niestety, fakt jest taki, że przez kolejne 10 miesięcy, nie licząc przerw, średnio po 6 h dziennie będzie wyjęte z życiorysu. Szkoła uczy, kształci, ale też niestety nudzi. I nie chodzi tu o lenistwo uczniów zawsze (bo czasem - i owszem) ale o to jak wiedza jest podawana, sprzedawana uczniom. gdybym ja miał prowadzić lekcje, dominowałyby ciekawostki, własna inwencja. I choć może stara podstawa nie pozwala na kreatywność nauczycieli - w nowej, profilowanej, powinno być z tym lepiej. Ale ja dowiem się tego jedynie z opowiadań młodszych znajomych. Ja już jestem staruszkiem.
Jak to brzmi - staruszek, napisane przez osobę w moim, niesędziwym przecież wieku.
Ale naprawdę, nie jestem dzieckiem. Pewien etap się skończył. Rzeczy, na które miałem ochotę jeszcze trzy, dwa, a nawet i rok temu, teraz stają się mi obojętne. Jestem dorosły? Osiemnastki nie osiągnąłem, więc w świetle prawa: nie. Ale sam o sobie lubiłem mówić kiedyś, że jestem dojrzały. Tyle że kiedyś wyraźnie mieszało się to z dziecinadą. A teraz dziecinada zanika, jeszcze jest, ale w coraz mniejszym stopniu...
I chciałbym, strasznie chciałbym mieć znów 5 lat... Znów siedzieć w piaskownicy z łopatką, bać się przechodzić koło dzieciaka z 6 podstawówki, płakać głośno kiedy mi smutno, śmiać się donośnie kiedy się cieszę... I nie przejmować się, nie przejmować się opinią innych, gadaniem, tylko robić to, co się chce, mówić to co ślina przyniesie... Kiedyś przełomowy wydawał mi się 2005, kiedy miałem 10 lat. Od tego czasu minęło 7 kolejnych... Wszystko, wszystko się zmieniło... Na gorsze, raczej na gorsze, bo o wszystkim trzeba myśleć...
Muszę też napisać jedno: brakuje mi czasów, kiedy trzeba było ruszać ustami, by mówić. Chodzi mi o Internet.
Wiem, piszę tego bloga na necie. Ale smuci mnie samego to, ile czasu na nim spędzam. Smuci mnie, ile inni spędzają na nim czasu. I jak spędzają - na głupotach. Nie ma czasu na wyjście, spacer, pogadanie, tylko jest konferencja na gg, fejs, demoty. Niestety, mnie tez to dotyka, aż mi z tym źle i dziwnie...
I rozpisywałbym się tu dalej, ale chyba wszystko jest wiadome, a ja nie mam sił, czas już na sen przed ciężkim, jutrzejszym dniem.
Cóż, chyba będę gościł tu częściej. Mam wenę, przynajmniej weekendami będę z niej korzystał. A dziś trafiła mi się dodatkowo bardzo dobra, wieczorna rozmówczyni... :)
Dzięki za miły wieczór ;]
A więc - zawitam na blogu już wkrótce. Do napisania ;)
Dobrej Nocy!